Zarządzanie fortunami

Z Michaelem Sanchezem, założycielem i prezesem firmy Sanchez Computer Associates, rozmawia Krzysztof Frydrychowicz.

Z Michaelem Sanchezem, założycielem i prezesem firmy Sanchez Computer Associates, rozmawia Krzysztof Frydrychowicz.

<b>Michael Sanchez</b>, założyciel i prezes firmy Sanchez Computer Associates

<b>Michael Sanchez</b>, założyciel i prezes firmy Sanchez Computer Associates

Gdzie należy szukać przyczyn tak dużego zaangażowania Pańskiej firmy na rynku polskim?

W Europie Środkowej jesteśmy właściwie od upadku muru berlińskiego. Dotarliśmy tu w ślad za wielkimi producentami sprzętu - Digital Equipment i IBM - którzy zatrudnili nas przy okazji swoich projektów. Wtedy nie było wielu chętnych, by podjąć ryzyko działania na zupełnie nie znanym terytorium. Jako pierwsi dokonaliśmy konwersji zachodniego systemu bankowego i dostosowaliśmy go do lokalnych warunków. Dzięki temu zyskaliśmy kredyt zaufania. W 1995 r. nawiązaliśmy współpracę z Bankiem Przemysłowo-Handlowym z Krakowa, a następnie z kilkoma innymi bankami. Sanchez Computer osiągnął w 2002 r. przychody w wysokości ok. 100 mln USD. Prawie 10% tej sumy wypracowujemy na rynku polskim.

Śledząc listę klientów Sanchez Computers, zwłaszcza w połowie lat 90., można było odnieść wrażenie, że firma nastawia się wyłącznie na obsługę klientów spoza USA. Czy konkurencja na rynku amerykańskim była zbyt silna?

Prawdą jest, że w latach 90. postawiliśmy głównie na tzw. wschodzące rynki. Było to w oczywisty sposób związane ze zmianami politycznymi i ekonomicznymi w tych krajach. Infrastruktura informatyczna sektora bankowego wymagała gruntownej modernizacji. W tym samym czasie banki amerykańskie dysponowały w miarę nowoczesnymi na tamte czasy systemami i trudno było namówić je do zmian.

Jakie były przyczyny "powrotu" na rynek amerykański?

Pomogły nam zmiany w amerykańskim prawie i internetowa gorączka końca lat 90. Od strony regulacyjnej przestały obowiązywać przepisy Glass Stegal Act, ustanowione w czasach wielkiego kryzysu lat 30. XX wieku, zakazujące prowadzenia działalności bankowej przez instytucje finansowe nie będące bankami. Przed firmami ubezpieczeniowymi i maklerskimi otworzyła się perspektywa zarabiania na bankowości. Najlepiej przez Internet.

Zaczęły zwracać się do nas firmy, które szybko potrzebowały systemu bankowego, chociaż nigdy wcześniej nie używały tego typu oprogramowania. Z myślą o nich powołaliśmy spółkę zależną, która na zasadach ASP zapewnia infrastrukturę do prowadzenia działalności bankowej. To był strzał w dziesiątkę. Pozyskaliśmy do współpracy takie marki, jak American Express, Morgan Stanley Dean Witter, Lehman Brothers Bank, MetLife Bank, ING Group.

Czy dostrzega Pan różnice w podejściu do technologii w bankach amerykańskich i europejskich?

W dzisiejszych czasach rozsądniej jest charakteryzować banki ze względu na ich skalę niż na region, z którego się wywodzą. Nie ma znaczenia, czy bank ma siedzibę w Londynie czy w Nowym Jorku. Upodabnia je skala i globalny zasięg.

Wszystkie duże banki borykają się z tym samym problemem - dziedzictwem przeszłości, czyli starymi systemami informatycznymi, które funkcjonują tam od początku automatyzacji w bankach. Systemy te były budowane według innej filozofii niż współczesne oprogramowanie. Nie były konstruowane z myślą o kliencie, ale o produktach.

Przez ostatnich 10, 15 lat informatycy i bankowcy starali się wycisnąć, ile tylko można ze swoich systemów, zarówno jeśli chodzi o koszt eksploatacji, jak i wydajność. Wydaje mi się, że są już u kresu tej drogi. Możliwości starych systemów wyczerpują się i czas na zmianę architektury.