Za wcześnie miałem rację

Leo Apotheker, szef rady nadzorczej KMD, były prezes koncernów SAP i HP, opowiada w szczerej rozmowie z Tomaszem Bitnerem o planach KMD na polskim rynku, swoich porażkach i sukcesach w HP, ale wstydzi się przyznać, jakie słowa zna po polsku.

Ma Pan chyba dość silne związki z Polską.

Moi rodzice urodzili się w Przemyślu. Uciekli stamtąd w 1939 r., po inwazji hitlerowskich Niemiec i Związku Radzieckiego na Polskę, i nigdy nie wrócili.

Kiedy pierwszy raz Pan tutaj przyjechał?

Pierwszy raz odwiedziłem Polskę całkiem niedawno, prawdopodobnie 12 lub 13 lat temu. To była podróż służbowa, w czasie, gdy pracowałem w SAP. Od tego czasu byłem w Polsce jeszcze trzy lub cztery razy.

KMD jest jedną z największych duńskich firm IT. Czy wejście do Polski to początek międzynarodowej ekspansji?

Dotychczas KMD koncentrowała się na rynku duńskim, od początku będąc firmą bardzo silnie związaną z tamtejszym sektorem publicznym. Przez systemy informatyczne zbudowane przez KMD przechodzi dziś ok. 20% PKB Danii, począwszy od wynagrodzeń, przez renty, po zasiłki dla bezrobotnych. Duński sektor publiczny jest prawdopodobnie najbardziej zdigitalizowany i zaawansowany technologicznie na świecie. Ma to silny związek z tym, co robi KMD.

Zaczęliśmy myśleć o wyjściu za granicę jakiś rok, może dwa lata temu z dwóch powodów. Po pierwsze, uznaliśmy, że potrzebny nam dostęp do większego zasobu talentów, a po drugie, zarówno w Europie, jak i poza nią rośnie presja na instytucje sektora publicznego. Społeczeństwa się starzeją, a co jeszcze ważniejsze, jest całe nowe pokolenie ludzi, millenialsów, którzy uważają, że chodzenie do urzędu publicznego po świstek papieru jest nienowoczesne.

I wybraliście Polskę na początek. Pewnie dlatego, że na budowę e-administracji potężne pieniądze daje Unia Europejska.

Unijne finansowanie to katalizator, ale nie najważniejszy powód naszej decyzji o wejściu do Polski. Wydaje się, że wśród 400 mln Europejczyków zapanował konsensus, że kraje europejskie powinny być zdigitalizowane. Nie dlatego, że chcą tego politycy, ale dlatego, że chcą tego ludzie. Ile razy dziennie sięga Pan po swojego smartfona?

Dziennie? Trudno policzyć.

No właśnie. I dlatego nie ma powodu, żeby nadal miał Pan bez udziału technologii zarządzać swoją opieką zdrowotną, zarobkami, załatwianiem wszystkich spraw urzędowych. Rząd może świadczyć usługi lepiej i robić to bardziej efektywnie, ponieważ za technologią stoją dane. To dane sprawiają, że systemy stają się coraz bardziej inteligentne. Dzięki nim można poprawić jakość życia ludzi i zwiększyć przychody. Dlatego dziś jesteśmy w Polsce. Bardzo się cieszymy z tego powodu, bo Polska to ważny kraj, największe państwo w Europie Środkowo-Wschodniej. Co równie ważne, macie świetny system edukacji, kształcicie mądrych ludzi, zwłaszcza w dziedzinach, którymi jesteśmy zainteresowani, czyli informatyce, tworzeniu i inżynierii oprogramowania. Pracownicy, których tu zatrudniliśmy, są znakomici.

Chcecie zatrudnić 200 osób na rynku, gdzie i tak brakuje informatyków. Czym zamierzacie ich zainteresować?

Myślę, że możemy przyciągnąć więcej niż 200 osób, już zatrudniamy 170. Niedawno kupiliśmy firmę Banqsoft, która ma dwa biura w Polsce, czyli w pewnym sensie już zatrudniamy 200 osób. Zawsze można zachęcić wartościowe osoby, oferując im dobre warunki i środowisko pracy oraz stawiając ambitne i interesujące zadania.

W Polsce panuje przekonanie, że usługi administracji publicznej są marnej jakości. I faktycznie tak jest. To zagrożenie czy szansa dla KMD?

Nie mogę oceniać jakości usług administracji publicznej w Polsce, ale mogę powiedzieć, że to problem globalny. Jeżeli nie zdigitalizujemy usług publicznych, myślę, że w ciągu najbliższych kilku lat, oczywiście w zależności od kraju, przyjdzie moment, że albo nie damy rady świadczyć usług, albo trzeba będzie zmniejszyć ich funkcjonalność. Digitalizacja to nie opcja, to konieczność, zarówno w Polsce, jak i w dowolnym innym państwie, szczególnie w Unii Europejskiej.

Istnieje dwustronne polsko-duńskie porozumienie w zakresie digitalizacji. Myślę, że polski rząd dostrzega, że rząd i społeczeństwo w Danii dużo w nią zainwestowały i wygląda na to, że inwestycja się opłaciła. My w pewnym sensie jesteśmy ambasadorem i katalizatorem tej idei i chcemy pomóc przenieść ją na polski grunt. Rzecz jasna, Polska to nie Dania, więc systemy będą się różnić, ale część bazowej wiedzy da się przenieść i z pomocą miejscowych pracowników wykorzystać ją na nowo.

W Polsce mówi się, że naszym elektronicznym usługom publicznym potrzebny jest efekt kuli śnieżnej. Trzeba czegoś wielkiego, by pokazać ludziom, że to działa i jest efektywne. Co w Pana ocenie powinno zostać zdigitalizowane jako pierwsze?

Myślę, że problem tkwi gdzieś indziej. Musi panować przekonanie, że usługi publiczne są bezpieczne. W Polsce panuje co do tego sceptycyzm…

To nieprawda. Mamy 12 mln rachunków bankowych obsługiwanych przez internet.

Tak, jednak to nie są usługi rządowe…

Ale to pokazuje, że ludzie chcą korzystać z cyfrowych usług, tylko administracja nie potrafi ich porządnie zrobić.

Zatem zamiast budować je od zera, co jest bardzo trudne, polski rząd może czerpać z wiedzy zgromadzonej już przez dostawców usług. Może warto zacząć od wyboru rozwiązania o ugruntowanej pozycji, przenieść je do Polski, wdrożyć w polskiej wersji i uruchomić, by ludzie mogli zobaczyć, jak pożyteczne może ono być. Potem można dodać kolejne systemy. Wierzę, że jeżeli potrafimy to zrobić bezpiecznie, bo wciąż mówimy o danych osobowych… Weźmy służbę zdrowia. Każdy wie, jak zrobić elektroniczny system opieki zdrowotnej, logika nie jest trudna…

Zresztą Dania jest uznawana za światowego lidera w tej dziedzinie.

Zgadza się, ale Duńczycy ufają tamtejszemu systemowi, bo wiedzą, że dane są stuprocentowo chronione. Polska opinia publiczna także musi mieć tę pewność, że możemy – jako branża – dostarczać bezpieczne systemy. Jednak budowanie ich od zera potrwa długo i może się nie udać. Najlepiej zacząć od zatrudnienia czołowego operatora, uruchomić system i dostosować go do lokalnych wymagań, a potem poprawiać.

Ma Pan za sobą ogromne doświadczenia w sektorze IT. Kierując gigantami w branży IT, najpierw SAP, potem HP, miał Pan na swoim koncie nie tylko sukcesy. Z dzisiejszej perspektywy: jakie błędy popełnił Pan w czasach, gdy kierował Pan SAP i HP?

Nie jestem tu po to, żeby rozmawiać o mnie. Uważam, że najlepsza metodą unikania błędów to nie robić niczego. Gdybym nie chciał ich popełniać, nie wstawałbym z łóżka. Ale jeśli chce Pan wiedzieć, mój błąd numer jeden polegał na tym, że zrobiłem z SAP największego dostawcę w sektorze oprogramowania biznesowego.

A mówiąc poważnie, pytanie nie brzmi, co zrobiłem źle, ale co zrobiłem dobrze. Myślę, że więcej rzeczy zrobiłem dobrze niż źle, przynajmniej mam taką nadzieję, ale szczerze mówiąc, największy błąd, jaki popełniłem, to ten, że czasem miałem rację za wcześnie i nie mogłem przekonać innych do swoich racji.

Podam przykład, a potem może Pan mnie ocenić. Cztery lata temu powiedziałem, że HP musi się podzielić na dwie części…

Byłem pewien, że użyje Pan tego przykładu.

Prawdopodobnie był to błąd. W chwili, gdy to powiedziałem, było na to za wcześnie. [HP podzielił się na dwie niezależne firmy, obsługujące rynek biznesowy i konsumencki w 2015 r., cztery lata po zwolnieniu Apothekera ze stanowiska prezesa koncernu – red.].

Może każdy projekt ma swój czas. Po zamknięciu rozdziałów SAP i HP, co jest dzisiaj dla Pana ważne w pracy?

Cieszę się życiem, kocham pracować z utalentowanymi ludźmi, wierzę, że technologia może zmienić świat na lepsze i w ważny sposób.

Technologia jest ważna w Pana życiu? Jest Pan maniakiem gadżetów?

Jestem od nich uzależniony! Zawsze mam przy sobie dwa iPhone’y, wożę Surface’a…

Teraz ja zapytam, ile razy dziennie sięga Pan po smartfona?

Za często [śmiech]. O wiele za często.

Mówi pan wieloma językami. Rozmawiamy po angielsku. Co z polskim?

Znam może z dziesięć słów.

Jakich?

Za bardzo się wstydzę, żeby powiedzieć.

Spisał Ludwik Krakowiak