Przekraczanie granic

Z prof. Markiem S. Szczepańskim, dyrektorem Instytutu Socjologii Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach i rektorem Wyższej Szkoły Zarządzania i Nauk Społecznych w Tychach, rozmawia Andrzej Gontarz.

Z prof. Markiem S. Szczepańskim, dyrektorem Instytutu Socjologii Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach i rektorem Wyższej Szkoły Zarządzania i Nauk Społecznych w Tychach, rozmawia Andrzej Gontarz.

Rozwój technik informacyjnych umożliwia nam uczestnictwo w systemie globalnym. Z drugiej strony, żyjemy i pracujemy w konkretnym miejscu, w danej społeczności lokalnej. Jak będą układać się relacje między globalnością a lokalnością?

Ekspansja globalizmu nie jest niczym nowym, tak samo jak nie jest nowe przywiązanie do lokalności. Pierwszą nowożytną pochwałę lokalności ogłosił Alexis de Tocequivill. "Gmina zdaje się pochodzić od Boga" - pisał ponad 150 lat temu. Dzisiaj lokalność przybiera różne formy. Na Mazowszu mówimy o małych ojczyznach, a na Śląsku mamy do czynienia również z renesansem Heimatu.

Początki globalizacji można, zdaniem Fernanda Braudela, francuskiego historyka, wywodzić od tzw. długiego wieku XVI, który trwał od 1450 r. do 1640 r. Wtedy zaczynały się kształtować cechy europejskiego systemu światowego. "wczesna Europa była całym światem - resztę stanowiły ziemie słabo poznane. W ostatnich dziesięcioleciach jest zauważalne nasilanie globalizacji wraz z renesansem lokalności. Stąd powstał termin "glokalizacja", co ma podkreślać przenikanie się tych dwóch elementów.

To procesy dopełniające się czy wykluczające?

Jedno i drugie. To, co globalne, wpływa na to, co lokalne. Lokalne z kolei modyfikuje globalne. Ludzie korzystają z Internetu, ale dostosowują go do swoich potrzeb i oczekiwań. Dochodzi przy tym do zderzenia tradycyjnych systemów kultury, obyczajów i wierzeń z rzeczywistością wirtualną, masową kulturą obrazkową. System globalny jest dla młodych ludzi bardzo atrakcyjny - bardziej niż lokalny system tradycyjnych wartości przodków. Z drugiej strony, system globalny wywołuje też ostre protesty młodzieży, co mogliśmy obserwować podczas ostatnich akcji antyglobalistów w Davos, Pradze czy Genui. Nawiasem mówiąc, zastanawiające jest, że nigdy nie było protestów przeciwników lokalności.

Z jakim dobrodziejstwem inwentarza społeczność lokalna w naszym kraju staje wobec wyzwań globalizacji? Na jakich warunkach możemy włączyć się w ogólnoświatowy obieg?

Niedawno na posiedzeniu Polskiego Towarzystwa Socjologicznego mówiliśmy o społeczeństwie poprzemysłowym. Był też Jiøi Musil, wybitny socjolog z Czech. Potem napisał: "Wracałem z zebrania polskich socjologów i widziałem polskie wsie, a w nich ludzi jak z obrazów Breughla. I przypomniałem sobie polskich profesorów, którzy z takim zaangażowaniem, z taką pasją mówili o społeczeństwie informacyjnym".

Nie powinniśmy się na te słowa obrażać, tylko wyciągnąć z nich wnioski. Społeczeństwo informacyjne musi mieć solidny fundament. To nic innego jak wykształcenie. Trzeba mieć to na uwadze, gdy mówi się o sprostaniu wyzwaniom współczesnej cywilizacji. Możemy pisać, ile dusza zapragnie, o społeczeństwie informacyjnym, dyskutować o związanych z nim zjawiskach, omawiać najnowsze teorie, recenzować książki... To też jest potrzebne. Przyjrzyjmy się jednak rzeczywistym warunkom, w jakich chcemy społeczeństwo informacyjne w Polsce tworzyć. A przede wszystkim poziomowi wykształcenia Polaków, jako fundamentalnej przesłance tworzenia społeczeństwa informacyjnego.

Obserwujemy w ostatnich latach wyraźny wzrost zainteresowania edukacją wśród młodzieży. Liczba studentów zwiększyła się czterokrotnie. W 1989 r. było ich 400 tys., teraz 1,6 mln.

Tak, ale to jest wciąż odrabianie zaległości. Dzisiaj w każdej setce dorosłych Polaków wyższe studia (magisterskie i licencjackie) ma jedynie dziesięć osób. 25% posiada wykształcenie średnie. Pozostałe 65% to ludzie z wykształceniem zawodowym i podstawowym. Niezadowalająca jest liczba lat spędzonych w szkole przez polskiego osiemnastolatka. W połowie lat 90. średnia dla Polski wynosiła 9,5 roku, podczas gdy standard określony przez Program Rozwoju ONZ to 11, 12 lat. Mamy także do czynienia z funkcjonalnym analfabetyzmem.

Ludzie nie potrafią korzystać z nagromadzonych informacji. Z przeprowa-dzonych kilka lat temu dla OECD ba- dań wynika, że Polacy mają problemy z posłużeniem się np. rozkładem jazdy autobusów.

Kierujący tymi badaniami prof. Ireneusz Białecki uważa, że dzisiaj wyniki byłyby o wiele lepsze.

Tak, nasze społeczeństwo się rozwija, powoli wchodzimy na coraz wyższe stopnie. Trzeba jednak pamiętać, że jest to odbijanie się od bardzo niskiego dna. A nie zapominajmy przy tym, że inni też cały czas pną się w górę. W opublikowanym niedawno rankingu innowacyjności jesteśmy daleko za Węgrami i Czechami.

Jakie jeszcze czynniki będą decydować o losach społeczeństw w cywilizacji informacyjnej?

Stan klasy średniej. Ktoś musi dźwigać na swych barkach wartości nowoczesnego społeczeństwa. Klasa średnia jest i będzie tragarzem wartości. Została uznana za ostoję społeczeństwa już przez Arystotelesa.

Czy jej istnienie będzie miało w przyszłości rację bytu?

Klasa średnia będzie nadal istniała, tylko w innym układzie. Ulegnie dekompozycji, rozczłonkowaniu, pluralizacji. Nie będzie monolitem, jednolitą zbiorowością o czytelnym profilu i ostro zakreślonych granicach. Pojawiają się już w jej obrębie nowe nurty i odłamy, które zakłócają znany nam do tej pory obraz. Pierwszą i już historyczną strukturą była japiszoneria. Potem przyszedł czas na pokolenia X i N. To są właśnie nowe grupy opiniotwórcze, klasa średnia w nowym wydaniu. Tych grup będzie coraz więcej, każda będzie propagatorem określonego systemu wartości.

Oprócz dotychczasowych wyraźnych podziałów - ekonomicznych, politycznych, kulturalnych - pojawiają się nowe. Najwyraźniejszy - na będących już w sieci i pozostałych, których w niej z różnych powodów nie ma. Podział ten będzie bardzo ważny w perspektywie kształtowania się struktury społecznej. Nałoży się na już istniejącą stratyfikację. Tradycyjna klasa średnia będzie musiała się liczyć z wyłonieniem się nowej klasy z sieci.

Co będzie decydować o przynależności do tak rozumianej klasy średniej? Czy w takiej sytuacji da się w ogóle wyróżnić wspólne cechy?

Pierwsze kryterium to formalne wykształcenie. Najlepiej uniwersyteckie, bo daje bardzo potrzebną dzisiaj giętkość umysłu. Drugi czynnik to podręczny zasób wiedzy. Człowiek kształtujący współczesną rzeczywistość musi się orientować, kim jest Diego Velazques, Henryk Mikołaj Górecki, Umberto Eco czy Bill Gates. Bardzo ważny jest wysoki poziom potrzeby osiągania sukcesu. To swoisty stan umysłu, wyrażający się mocnym pragnieniem odniesienia sukcesu - społecznego, ekonomicznego, rodzinnego, zawodowego. Jeżeli w głowie człowieka nie ma takiego pragnienia, to ten sukces nie przyjdzie albo przyjdzie za późno, albo będzie zniekształcony. Z tym jest w pewien sposób związana potrzeba transgresji - przekraczania granic.

Każdy ma jakieś ograniczenia, np. trudno mu nauczyć się angielskiego czy poznać tajniki obsługi komputera. Mając świadomość tych ograniczeń, powinniśmy podejmować wysiłki na rzecz ich przezwyciężenia. Pracując nad sobą, powinniśmy przyjmować postawę hubrystyczną: w starożytności "hubris" oznaczało wywyższanie się nad innych, ale w sposób pyszny. Dzisiaj chodzi o to, by walczyć o bycie najlepszym z poszanowaniem zasad etyki i reguł fair play.

Spuścizna po PRL-u nie sprzyja upowszechnianiu takich postaw. Czy musi przeminąć całe pokolenie, aby można było mówić o niezbędnej przemianie?

Są grupy mniej i bardziej podatne na przyswajanie pożądanych cech. Pierwszy wyróżnik to wiek. Im człowiek młodszy, tym ma większą otwartość umysłu, wyższy poziom transgresji, większą potrzebę sukcesu. Ale samo bycie młodym to nie wszystko. Trzeba rozróżnić miasto i wieś. W Polsce są to dwa odrębne światy, ale różnice istnieją też w innych krajach europejskich. Mówiąc o społeczeństwie informacyjnym, trzeba pamiętać o całych obszarach społeczeństwa prowincjonalnego, o tych wszystkich miejscach "daleko od szosy". Występują też istotne różnice kapitałów społecznych wyniesionych z domu. Na uczelniach już na pierwszym roku studiów widać wyraźnie, kiedy rodzice inwestowali dużo w rozwój dzieci, a gdzie te inwestycje były bardzo małe lub nie było ich wcale. Zróżnicowanie kapitałów społecznych sprawia, że od razu dokonuje się selekcja młodzieży, co potem ułatwia lub - przeciwnie - ogranicza bądź utrudnia karierę.

Jest to zjawisko, które bardzo mnie niepokoi. W krajach takich jak Polska uniwersytety są miejscem studiowania ludzi o dużym kapitale społecznym i ekonomicznym, a uczelnie prywatne, zwłaszcza poza dużymi ośrodkami miejskimi, kształcą młodzież uboższą. Jeżeli to się nie zmieni, uniwersytety staną się instytucjami odtwarzającymi istniejącą strukturę społeczną. To nie wróży dobrze projektom tworzenia społeczeństwa informacyjnego.

Prof. Henryk Domański oszacował, że dziecko z rodziny chłopskiej ma 115 razy (!) mniejsze szanse na ukończenie studiów niż pochodzące z rodziny z wyższym wykształceniem. Państwo u progu XXI wieku, jeżeli chce być konkurencyjne i innowacyjne, jeżeli chce dotrzymać kroku przemianom cywilizacyjnym, nie może sobie na takie rozwarstwienie pozwolić. Jeżeli już stało się ono faktem, to należy zadbać, by nie było odtwarzane przez następne pokolenia.

Jakie są możliwości odwrócenia tej tendencji?

Należy stworzyć system wyrównujący szanse edukacyjne i w bardzo wymierny, konkretny sposób wspierający realizację aspiracji młodzieży z różnych środowisk. Nie chodzi o przywrócenie PRL-owskich metod nagradzania specjalnymi punktami za pochodzenie społeczne. Konieczne jest jednak, by państwo rzeczywiście wspierało rozwój edukacji. To - podobnie jak obronność - jedna z najważniejszych powinności państwa.

My wszyscy musimy wspierać państwo w realizacji tego zadania, przede wszystkim przez tworzenie funduszy stypendialnych. Edukacja powinna być naszą wspólną sprawą, miarą naszej aktywności obywatelskiej. Parafia czy gmina jest tak samo dobrym miejscem do zawiązywania obywatelskich inicjatyw stypendialnych jak struktury państwowe. Dlaczego miałoby nie być funduszy stypendialnych tworzonych przez samorządy, przedsiębiorców czy mieszkańców?

Gdzie ci wszyscy, dobrze wykształceni ludzie mieliby pracować? Czy jesteśmy w stanie zapewnić im odpowiednie miejsca pracy?

Na Śląsku zawód był przekazywany z ojca na syna. Całe pokolenia żyły z pracy w hutach i kopalniach. Tak zrodził się etos ciężkiej pracy fizycznej. Przez lata był on wyznacznikiem życia ludzi. Dzięki niemu mogła powstać cywilizacja przemysłowa. Ale procesy cywilizacyjne zmieniają tę sytuację. Teraz trzeba propagować etos ciężkiej pracy umysłowej. Nie tylko na Śląsku, ale we wszystkich regionach kraju.

Polsce potrzebny jest przemysł generujący inteligentne miejsca pracy. Dobrze, że mamy dużo inwestycji w branży motoryzacyjnej, ale ona nie tworzy dzisiaj innowacji, tylko je konsumuje. Poza tym jest bardzo narażona na wahania koniunktury rynkowej. Polska potrzebuje inteligentnych przemysłów, tzw. przemysłów kosmicznych, które generowałyby nowe technologie. Przemysły te lokują się tam, gdzie są wysokie kapitały społeczne, więc również wysoki poziom wykształcenia.

Błędne koło się zamyka. Możemy się z niego wyrwać?

Wracamy do edukacji. Wyraźnie widać, że kształcenie nie tylko podnosi poziom kapitału ludzkiego, umiejętności poszczególnych osób i wartość rynkową pracowników, ale również przekłada się na korzyści w skali makroekonomicznej. Zacznijmy od edukacji. To możemy zrobić na różnych poziomach organizacji społecznej.

Polska potrzebuje przemysłów głów, nie zaś przemysłów rąk. Społeczeństwo informacyjne jest przyszłością Polski i trzeba się do niego dobrze przygotować. Dużą rolę odgrywają władze samorządowe i społeczności lokalne. Potrzebny jest sprzyjający inwestycjom klimat, zaproszenie społeczne skierowane do inwestorów. Również infrastruktura techniczna - dobre drogi, ciągi komunikacyjne, sieci teleinformatyczne. Zresztą nie tylko to - muszą istnieć puby, kawiarnie, kina, szkoły z językiem angielskim, hotele na dobrym poziomie. Wszystko to, co decyduje dzisiaj o wysokim poziomie pracy i życia.

Jak to osiągnąć?

Zanim zaistnieje społeczeństwo informacyjne, powinniśmy stworzyć społeczeństwo obywatelskie. To nic innego, jak udział nas wszystkich w tym, co nas dotyczy. Klimat sprzyjający działaniom proinnowacyjnym może powstawać za sprawą lokalnych ruchów obywatelskich. Nie chodzi o pasjonatów, lecz ludzi potrafiących przeprowadzić konkretne projekty. Dzisiaj zaledwie 10% mieszkańców Polski jest aktywnych społecznie, zaś głównymi miejscami tej aktywności są zazwyczaj szkoła albo parafia.