Od informatyki autorytarnej do informatyki społecznej

Z Piotrem Piętakiem, koordynatorem Grupy Roboczej Prawa i Sprawiedliwości ''Społeczeństwo Informacyjne'', rozmawia Sławomir Kosieliński.

Z Piotrem Piętakiem, koordynatorem Grupy Roboczej Prawa i Sprawiedliwości ''Społeczeństwo Informacyjne'', rozmawia Sławomir Kosieliński.

Czy informatyk może zbudować idealne państwo?

Absolutnie nie. To jest wykluczone. Informatyk nie może rozkazywać politykom. Jego rola ograniczać się powinna do dostarczenia odpowiednich narzędzi. Niestety, zdarza się nader często, że fascynacja nowoczesnymi technologiami szkodzi strukturom państwa. A przecież najważniejsze jest, aby obywatel-klient otrzymywał odpowiednie informacje wtedy, kiedy tego potrzebuje. Drugorzędną sprawą jest, jakie zostały wykorzystane do tego technologie.

Zdecydował się Pan jednak jako informatyk z dwudziestoletnim stażem przybliżyć politykom PiS świat IT. Utworzył Pan grupę roboczą do spraw społeczeństwa informacyjnego, promuje rozwiązania open source w edukacji i administracji publicznej i - o ile wiem - pracuje również nad stworzeniem nowego modelu informatyzacji państwa na wypadek, gdyby obecna opozycja wygrała wybory parlamentarne. Co Pan radzi politykom PiS? Jak określa Pan siebie w świecie polityki?

Nieposiadanie żadnego wielkiego programu, np. wielkiego programu naprawy informatyzacji państwa, byłoby - moim zdaniem - oszukiwaniem wyborców. To jest niemożliwe. Co należy zrobić w tym zakresie? Po pierwsze, zdiagnozować stan obecny. Po drugie sprawdzić, czy istnieją warunki do przeprowadzenia reformy administracji publicznej z wykorzystaniem technik informacyjnych przy aktualnym stanie świadomości urzędników. Po trzecie wreszcie, ustalić, kto zarabia na obecnym bałaganie informatycznym. Moją zaś rolę określam jako pośrednika pomiędzy elitą technokratyczną a PiS. Chcę też uświadomić politykom, że dotychczasowa informatyzacja administracji publicznej może doprowadzić do utraty kontroli państwa nad działaniem tejże administracji.

W takim razie przejdźmy do diagnozy informatyzacji państwa. W którym miejscu jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

Piotr Piętak

Piotr Piętak

Moim zdaniem istnieje wyraźna korelacja między wprowadzaniem informatyki w Polsce a transformacją ustrojową. W końcu oba procesy zaczęły się jednocześnie. Jak spojrzymy jednak na ostatnie piętnaście lat, to zauważymy rzecz zdumiewającą, informatyka towarzyszy całej transformacji i - niestety - ulega całkowicie jej autorytarnej metodzie. Informatyzację w Polsce, tak jak liberalizm, wprowadza się odgórnie, bez szerokiej konsultacji z użytkownikami, bez komunikacji społecznej. Objawia się to przede wszystkim bałaganem informacyjnym i powtarzalnością danych w systemach IT w administracji. Tak było ostatnio w przypadku budowy Integrującej Platformy Elektronicznej (IPE) przez Główny Urząd Geodezji i Kartografii (GUGiK).

W ten sposób idziemy w kierunku aspołecznym, który jest dla mnie samobójczy, biorąc pod uwagę moje doświadczenia z pracy za granicą. Po obu stronach - zarówno zamawiającego, jak i kupującego - dominuje przekonanie, że "my wiemy lepiej". Nie liczą się konsultacje z użytkownikami, ich problemów nie bierze się w ogóle pod uwagę. To postawa, w której rację ma bardzo mądra i światła klasa średnia, wykształcona, z polotem, ze znajomością języków przeciwko klasie urzędniczej, która nie chce się uczyć nowych systemów, jest leniwa i nie chce przyjąć standardów.

Obserwuję to z rosnącym zaniepokojeniem przy systemach katastralnych. Taka porządna firma, jak Intergraph, projektując system MATRA, doszła niechybnie do przekonania, że urzędnicy nic nie umieją i trzeba im pewne sprawy narzucić odgórnie. Tę samą ideologię - moim zdaniem - nieusprawiedliwioną, stosuje GUGiK. Jest to absolutny autorytaryzm. Otóż, na podstawie mojego doświadczenia w pracy z geodetami powiatowymi i dzielnicowymi, mogę powiedzieć, że jest to fałszywa ideologia, która uniemożliwi wprowadzenie jakiegokolwiek systemu informatycznego.

Dlaczego?

Aby wprowadzić do praktyki urzędniczej system informatyczny, należy nauczyć urzędnika obsługiwać ileś ekranów. Trzeba tego urzędnika pytać, rozmawiać z nim, poznać procedury, które codziennie wykonuje. Tylko jak można z takim urzędnikiem dyskutować, jeśli się nim w istocie pogardza? Tak tworzą się konflikty. Wspomniany już Intergraph w sytuacji konfliktowej dzwoni do GUGiK. Wówczas przyjeżdża ważny kierownik z GUGiK, zwołuje zebranie i ochrzania urzędników samorządowych sugerując, aby wzięli się do roboty.

Firma, wdrażając systemy informatyczne, zarabia pieniądze. A co otrzymuje urzędnik, ucząc się nowego oprogramowania? Nic. Zostaje obciążony nauką korzystania z nowego oprogramowania, przy tym nie ma żadnej motywacji. Uważam, że do urzędników należy podchodzić wyrozumiale i prowadzić dialog, ponieważ informatyka w administracji publicznej musi polegać na permanentnym dialogu z użytkownikami, z ludźmi, dla których ten system jest tworzony. Tylko w ten sposób odejdziemy od informatyki autorytarnej na rzecz informatyki społecznej, opartej na sprawdzonych w wielu krajach wzorcach. W takim modelu pierwszym pytaniem dostawcy jest, czy mój program odpowiada miejscu pracy i procedurom, które wykonuje urzędnik? Dopiero później zastanawia się on nad tym, jaką technologię zastosować.

Myślę, że firmy informatyczne stają nader często przed ścianą i muszą instynktownie poruszać się w gąszczu istniejących przepisów, które mają przekuć w algorytm programu komputerowego. Stąd skłonność do narzucania technologii...

Rzeczywiście, większość błędów w systemach informatycznych w administracji nie jest spowodowana pracą informatyków, tylko tym, że w trakcie realizacji projektu zmieniło się prawo. Do tego wszyscy działamy pod ogromną presją czasu, więc wprowadza się niezbędne nowelizacje pisane na kolanie, a ludzie czują się tak, jakby mieli w ręku granat. U nas wszystko jest postawione na głowie. W Polsce najpierw pojawia się pomysł wprowadzenia jakiegoś systemu informatycznego, tworzy się jego zasady, na końcu dopiero powstaje do niego prawo, po czym okazuje się, że nie można tego prawa dostosować do zbudowanego już systemu. Obłęd!

Czy jest na to lekarstwo?

Należy powołać rządową instytucję, która jeszcze w fazie inicjacyjnej planowanego systemu informatycznego zacznie rozmawiać o nim z potencjalnymi użytkownikami. Stanie się swoistym kanałem komunikacyjnym pomiędzy nimi a urzędami centralnymi. Profesor Józef Oleński z Uniwersytetu Warszawskiego pracuje właśnie nad stworzeniem statusu takiej agencji, czy też urzędu, usytuowanej w strukturze rządu, która zajęłaby się informatyzacją. Miałaby ona głos decyzyjny, tzn. żadne ministerstwo nie mogłoby rozpocząć projektu bez jej akceptacji. Wzorem jest francuska Agencja Rozwoju Elektronicznej Administracji.

Ten urząd wymuszałby przestrzeganie standardów i norm. Z jego usług korzystałyby samorządy, ponieważ żadna reforma nie odbędzie się bez konsultacji z samorządem. W jego skład wszedłby również departament, który składałby się z samych fachowców, piszących programy i ofiarowujących je, ale bez obligacji przyjęcia.

To na razie wstępne prace, najważniejsze, że rozmawiamy o tym i z samorządowcami, i z posłami, ale także z informatykami.