Nie ulegajmy panice

Z Markiem Łazewskim, rzecznikiem patentowym z kancelarii patentowej Sławomira Łazewska i Syn, rozmawia Przemysław Gamdzyk.

Z Markiem Łazewskim, rzecznikiem patentowym z kancelarii patentowej Sławomira Łazewska i Syn, rozmawia Przemysław Gamdzyk.

Propozycja nowej dyrektywy porządkującej zasady patentowania oprogramowania w Europie, za przyjęciem której Parlament Europejski ma głosować na początku września, wzbudziła bardzo silny sprzeciw dużej części europejskich firm informatycznych. Najwięcej emocji widać jednak po stronie środowiska open source, które kreśli bardzo czarne scenariusze przyszłości dla europejskich producentów oprogramowania. Patenty mają bowiem wyraźnie faworyzować największe firmy - a więc amerykańskie.

Marek Łazewski

Marek Łazewski

W działaniach największych przeciwników nowej dyrektywy dostrzegam sporo zwykłego pieniactwa. To ciekawe, że informatycy, tak samo zresztą jak prawnicy, mają dziwne poczucie wyższości nad innymi tylko z tytułu posiadania jakiejś wiedzy.

Środowisko "eurolinuksowców" jest wściekłe na prawników, że ci ośmielają się wkraczać na ich podwórko, podczas gdy sami jego przedstawiciele uważają, iż są w pełni uprawnieni do decydowania o przyjmowanych rozwiązaniach prawnych. Proponują wprowadzić nową definicję, czym jest wynalazek, a przecież nie powinno się tego robić, jeśli nie ma ku temu naprawdę istotnej potrzeby - takie zmiany prawa są bardzo niebezpieczne. Jednym z fundamentów prawa powinien być jego konserwatyzm. Nie powinniśmy zmieniać prawa patentowego tylko z tego powodu, że powszechnie korzysta się z programów komputerowych.

Przecież nowa dyrektywa ma zmienić obecny stan..

Projekt dyrektywy budzi mieszane uczucia. Jej twórcy twierdzą, że niczego nie zmieni, a jedynie w pewnym sensie usankcjonuje obecną praktykę działania Europejskiego Urzędu Patentowego. I rzeczywiście tak jest. Dyrektywa powinna jednak również doprowadzić do doprecyzowania pewnych niejednoznacznych kwestii, ale niestety tego nie robi.

Niektórzy twierdzą, że ani patenty, ani prawo autorskie nie jest dobrym rozwiązaniem do ochrony programów komputerowych. Czy jest jakaś "trzecia droga"?

W Japonii było takie rozwiązanie, ale zrezygnowano z niego pod naciskiem Amerykanów. Z patentów raczej się czegoś nowego nie wykroi, więc taki hipotetyczny system ochrony powinien raczej zastąpić prawo autorskie, które jest bardzo niedoskonałe w przypadku ochrony programów komputerowych. Wielu krytykuje patenty, podczas gdy dopiero prawo autorskie rodzi duże problemy. O wszystkim można powiedzieć, że jest chronione moim prawem autorskim. Z patentami już tak nie jest. Dowodzi tego chociażby niedawna sprawa SCO przeciwko IBM, Red Hat i innym dostawcom Linuxa. SCO w swoich bardzo mgliście opisanych roszczeniach zdaje się przede wszystkim opierać na prawach autorskich.

Ochrona z tytułu prawa autorskiego jest bardzo wygodna - nie trzeba nic robić, a ona przysługuje niejako z automatu. Tymczasem uzyskanie patentu wymaga starań i długiego oczekiwania. Patent to jednak jest konkret - otrzymuje się dokument poświadczający, co dokładnie podlega ochronie.

Patent jest umową społeczną - dostaję ochronę swojego wynalazku w zamian za to, że ujawnię jego szczegóły. Pytanie, czy patenty nie szkodzą tempu wprowadzania innowacji, ma tutaj kluczowe znaczenie. Są jednak przecież tworem jak najbardziej kapitalistycznym, stanowiąc obecnie jeden z ważnych elementów funkcjonowania gospodarki rynkowej.

Zamiast więc z niego rezygnować, może lepiej stworzyć rozwiązania, które pozwoliłyby na wyważenie racji obu stron w odniesieniu do oprogramowania?

Przykładowo, w Niemczech pojawiła się dość sensowna propozycja, by zamiast zmian fundamentalnych zasad ochrony patentowej, wprowadzić pewien wyjątek. Rozprowadzanie kodu źródłowego open source, czyli w postaci otwartej, miałoby z definicji nie naruszać patentów.