Nauka i biznes, czyli o sztuce synergii

Z profesorem Markiem Niezgódką, dyrektorem Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego (ICM), rozmawia Andrzej Gontarz.

Z profesorem Markiem Niezgódką, dyrektorem Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego (ICM), rozmawia Andrzej Gontarz.

Na całym świecie słychać nawoływania do ściślejszego związania nauki z gospodarką, bowiem innowacyjność jest wyznacznikiem konkurencyjności na globalnym rynku. Choć o tym mówi się również w Polsce, to znaczących rezultatów na razie nie widać. Dlaczego? Na czym właściwie ma polegać owa jedność świata nauki i gospodarki? Chyba nie chodzi o to, by placówki naukowe musiały zarabiać na siebie poprzez świadczenie usług komercyjnych, do czego na przykład zmuszone są miejskie akademickie sieci komputerowe?

Problem roli nauki we współczesnym świecie jest problemem uniwersalnym. Toczy się cały czas dyskusja na temat misji uczelni i zadań placówek naukowych. W szczególności trwa debata nad tym, jaka powinna być we współczesnym świecie rola uniwersytetów. To dyskusja wcale niebanalna.

Niektórzy uczeni prezentują podejście ortodoksyjne, nastawione na obronę czystości nauki. Chcą, by nauka była finansowana tylko dlatego, że jest. To utopijna wizja, ale wcale nierzadka. Nauka jest tutaj pojmowana jako obszar tworzenia wartości podstawowych. Jej misją mają być poszukiwanie rozwiązań podstawowych problemów i szukanie odpowiedzi na fundamentalne pytania.

To jest chyba dosyć mocno utrwalony w naszym kręgu kulturowym obraz nauki.

prof. Marek Niezgódka

prof. Marek Niezgódka

To nastawienie nie wytrzymuje jednak konfrontacji z rzeczywistością. Są w środowisku naukowym ludzie - na szczęście nieliczni - którzy nie przestrzegają podstawowych zasad etyki naukowej. Rzetelność naukowa w niektórych przypadkach też pozostawia wiele do życzenia. Mamy do tego przykłady angażowania się ludzi nauki w inne, pozanaukowe działania, ale z powoływaniem się na swój naukowy autorytet. Nawet pojedyncze, odosobnione przypadki tego rodzaju zachowań rzucają cień na obraz całości. Do tego wszystkiego decydenci polityczni i społeczeństwo nie mają świadomości problemów związanych z finansowaniem nauki.

Z drugiej strony, obserwujemy narastający brak szacunku dla ludzi nauki. Postrzega się ich jako osoby niezaradne i niezdolne do zapewnienia sobie odpowiedniego bytu materialnego. Szczególnie u nas w okresie transformacji pojawił się silny kult wartości materialnych - żeby nie powiedzieć - przyziemnych. Przemiany społeczno-ekonomiczne w naszym kraju miały destrukcyjny wpływ na naukę. Konkurencja ze strony innych form aktywności zawodowej, możliwość osiągania znacząco większych dochodów - również dzięki posiadanej wiedzy, ale już poza nauką - doprowadziły do masowego odpływu młodych ludzi z kręgów nauki.

Ta tendencja powoli zaczyna się odwracać, ale problem luki pokoleniowej w wielu uczelniach jest bardzo poważny.

Czy zacieśnienie więzi środowisk naukowych z gospodarczymi może pomóc w przezwyciężeniu tych problemów?

Instytucje naukowe naszego kraju funkcjonują w określonych realiach. Nie zawsze są one skutkiem właściwego zrozumienia roli nauki i jej znaczenia dla gospodarki. Decydenci domagają się, aby kłaść nacisk przede wszystkim na projekty praktycznie użyteczne, by podejmować badania owocujące przemysłowymi wdrożeniami, szukając pozabudżetowych źródeł finansowania. I nie byłoby w tym nic złego - bo tak właśnie się robi w krajach najbardziej rozwiniętych - gdyby istniały u nas stosowne ku temu warunki.

W Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i niektórych krajach europejskich istnieją mechanizmy zachęcające firmy do finansowania badań i to nie tylko tych o charakterze czysto użytkowym. W wielu przedsiębiorstwach istnieją instytuty czy laboratoria prowadzące badania z tzw. grupy wysokiego ryzyka. Ich decydenci rozumieją jednak, że w konsekwencji im się to opłaca, bo pozwala trzymać cały czas rękę na pulsie zmian.

U nas jest próżnia. Instytucje naukowe działające na pograniczu badań i wdrożeń (tzw. JBR-y) zajmują się w zasadzie tylko działalnością gospodarczą. Szczególną aktywność na tym polu wykazują te placówki, które mają monopol na wszelkiego rodzaju atestowanie, certyfikowanie itp.

Czym to skutkuje?

To są działania substytucyjne, działalność naukowa przekształca się w swoją namiastkę - zamiast badań naukowych z prawdziwego zdarzenia, mamy towar zastępczy. Nawet instytuty zajmujące się badaniami podstawowymi, gdzie chodzi o uzyskanie samej wiedzy na dany temat, są nakłaniane do wybierania takich obszarów badań, które zagwarantują szybką adaptację wyników do celów przemysłowych i rynkowych - i to bez względu na to, czy da się ją aktualnie przekształcić w rozwiązania komercyjne. Z drugiej strony, nie jest jasne, kto miałby się tym komercjalizowaniem zajmować. Angażowanie do tego placówek naukowych jest najgorszym wyjściem.

To prawda, że w wielu obszarach badania podstawowe są bardzo kosztowne. Pojawia się więc pytanie, czy warto w nie inwestować. Jaka jest alternatywa? Gdy nie ma środków, to wszędzie tam, gdzie trwa wyścig o przewodnictwo cywilizacyjne, traci się szansę pozostania konkurencyjnym. Czy to będzie biotechnologia, czy medycyna, czy techniki informacyjne, czy badania materiałowe - bez możliwości prowadzenia własnych badań wypada się z głównego nurtu rozwoju, bez względu na to, na ile praktycznie użyteczne są dzisiaj wyniki tych badań. Infrastruktura badawcza w tych dziedzinach jest bardzo kosztowna, ale gdy się jej nie ma, to można mówić jedynie o paranauce - to już tylko gra pozorów.

Jakie mamy wyjście z tej sytuacji?

Trzeba brać pod uwagę co najmniej dwa scenariusze działania. Najpierw trzeba wyraźnie określić cele strategiczne instytucji naukowej. Po pierwsze, można się zdecydować, by w kilku wybranych dziedzinach prowadzić badania na poziomie światowej czołówki. Po drugie, starać się realizować na co najmniej dobrym poziomie prace naukowe przy równoczesnym prowadzeniu bardzo dobrej edukacji, by przygotowywać nowe pokolenie ludzi potrafiących sprawnie funkcjonować w warunkach pełnej konkurencyjności.