Lubię wielką informatykę

Z Dorotą Poniatowską-Mańczak, Chief Information Officer Banku Zachodniego WBK SA, rozmawia Krzysztof Frydrychowicz.

Z Dorotą Poniatowską-Mańczak, Chief Information Officer Banku Zachodniego WBK SA, rozmawia Krzysztof Frydrychowicz.

Początek Pani przygody z wielką, korporacyjną informatyką prawie zbiegł się z premierą naszego tygodnika Computerworld Polska. Mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy na fascynujący etap rozwoju technologii komputerowych. Co najlepiej oddaje postęp ostatnich 15 lat?

Dorota Poniatowska-Mańczak

Dorota Poniatowska-Mańczak

Bez wątpienia był to Internet i wszystkie przemiany, które się z nim wiążą - społeczne, gospodarcze itd. Wystarczy powiedzieć, że ludzie nie wyobrażają sobie życia bez sieci, ja oczywiście też nie.

Skok, jaki się dokonał w ciągu 15 lat, widać w telekomunikacji. Na początku lat 90. nie było mowy o uruchomieniu systemu centralnego, bo infrastruktura telekomunikacyjna była na żałosnym poziomie. Komuś, kto nie pamięta tamtych czasów, trudno uwierzyć, na jakie bariery napotykaliśmy.

Ogromny postęp dokonał się w powszechności informatyki. Kiedy zaczynałam pracę w banku, miałam wprawdzie do dyspozycji komputer, ale była to jakaś uboga, bezdyskowa maszyna. Dzisiaj byle palmtop ma większe możliwości niż ówczesny mój PC.

Bez jakich wynalazków branży komputerowej nie mogłaby się Pani obejść?

Sporo by tego wymienić, bo jestem miłośniczką gadżetów. Najważniejsze to chyba telefon, PDA i oczywiście iPod, koniecznie z iTripem do słuchania muzyki w samochodzie. Trudno byłoby mi się z nimi rozstać.

Z moją słabością do gadżetów jest jeden problem - w każdą podróż muszę zabrać chyba 2 kg kabli, zasilaczy i sieciowych. Co z tego, że mam ultralekki komputer?

Na jaką technologię przyszłości Pani czeka?

Marzy mi się edytor mowy. Przekładanie głosu ludzkiego na tekst nadal sprawia problemy, a pojawienie się sprawnych i bezbłędnych narzędzi przekładających mowę na tekst mogłoby zmienić sposób, w jaki korzystamy z komputerów.

Jaką drogę przebyły polskie firmy IT przez 15 lat?

Ogromną. Uczyliśmy się po obu stronach - i klienci, i dostawcy. Wiadomo, że na początku lat 90. najlepsze interesy robiło się na dostawach sprzętu. Ci, którzy w porę zrozumieli, że w nieskończoność nie da się zarabiać na załatwianiu odpraw celnych i przesyłaniu pudełek z jednego miejsca w drugie, poszli w kierunku integracji, usług, doradztwa. Z kolei biznes software'owy, na początku bardzo spontaniczny, zmierzał w kierunku procesów i zarządzania jakością. Firmy, którym udało się przejść od etapu manufaktur do dobrze zorganizowanej fabryki, są dzisiaj znaczącymi graczami na rynku. Większość oferuje przyzwoity europejski poziom.

Zapadły Pani w pamięć jakieś złe wspomnienia ze współpracy z dostawcami?

Nigdy nie zostałam oszukana. Nie było sytuacji, że ktoś nam coś obiecał, wziął pieniądze, a potem odwrócił się plecami. Najgorzej wspominam sytuację, kiedy w trakcie roll-outu nowego systemu oddziałowego firma nie dostarczyła na czas niezbędnego sprzętu. Na szczęście udało się zapobiec kryzysowi. Los oszczędził mi hochsztaplerów. To albo kwestia szczęścia, albo mojej ostrożności.

Najbardziej przereklamowana technologia ostatnich 15 lat?

Nic nie przychodzi mi do głowy. Widać nie były to znaczące technologie.

A CRM? Często słychać, że systemy, które miały wprowadzić korporacyjną IT na nowe tory, przyniosły tylko rozczarowanie.

Z jest inny problem. Jeśli ktoś pojmuje CRM tylko jako narzędzie, to niechybnie ściągnie na siebie kłopoty. CRM to pewna filozofia prowadzenia biznesu. Informatycy, promując systemy CRM, jako uniwersalne rozwiązanie dla biznesu, trochę wyszli przed szereg.

Podobnie rzecz ma się z hurtowniami da-nych. Wiele banków decydowało się na wdrożenia, nie znając odpowiedzi na pytanie o korzyści, jakie mogą przynieść biznesowi. Wdrażano na zasadzie, że inni też to robią. Nic dziwnego, że bardzo kosztowne projekty nie przyniosły zwrotu.

Teraz niektórzy muszą wykonać krok wstecz, przyjrzeć się na nowo potrzebom biznesu w obszarze systemów informacyjnych i być może podjąć jeszcze jedną próbę. To nie technologia była winna porażek, a brak wizji. To typowa choroba wieku niemowlęcego.

Czy IT decyduje o przewadze konkurencyjnej banku?

Odpowiedź jest krótka: Nie. Technologia jako taka nie stwarza przewagi. O przewadze decyduje, jak bank potrafi zaadoptować technologię do swojego profilu biznesowego. Jeśli ktoś wie jak poprzez zmianę 5 czy 10 parametrów w systemie transakcyjnym błyskawicznie przygotować nowy produkt bankowy, który później staje się hitem na rynku, to kreuje przewagę. Inny bank, w którym działa dokładnie ten sam system, potrzebuje na podobną zmianę miesiąc albo dwa. O przewadze decydują procesy - tańsze, szybsze, lepiej przystosowane do otoczenia biznesowego.

Banki wydają na IT po kilkadziesiąt milionów rocznie. Czy informatyka jest droga?

W porównaniu z czym? Każda droga do osiągnięcia celu kosztuje. Brulion i ołówek to raptem kilka złotych, a scentralizowany system transakcyjny kilka milionów. Jednakże wydając te miliony za każdym razem zastanawiamy się i liczymy, ile czasu zajmie i jaki dochód przyniesie każde z rozważanych przez nas rozwiązań.

Nie drży Pani ręka przy podpisywaniu faktury, gdy trzeba wziąć odpowiedzialność za zakup jakiegoś systemu?

Nie, bo de facto decyzje o dużych zakupach są opiniowane na wielu poziomach. Oczywiście moje rekomendacje mają znaczenie w procesie decyzyjnym, ale nigdy nie jest tak, że odpowiedzialność obarcza tylko mnie. Na szczęście, proszę mi wierzyć, w Banku Zachodnim WBK nie mamy na koncie dużych pomyłek.

Często słyszę, że polskie banki, mimo wieloletniego zapóźnienia technologicznego, przodują pod względem innowacyjności. Ile w tym prawdy?

Trochę mitu, trochę prawdy. W latach 90. startowaliśmy od zera - przetwarzanie wsadowe, operacje na papierze, autonomiczne oddziały. Początki były trudne, ale dzięki zapóźnieniu uniknęliśmy kilku poważnych błędów, na których potknęły się banki zachodnie. Od razu weszliśmy do świata nowych technologii. Jednak dzisiaj, kiedy poziom się wyrównał, nie dostrzegam różnic ani in plus, ani in minus. Banki polskie i zachodnie oferują podobne produkty, udostępniają te same kanały.

Najtrudniejszy Pani dzień w historii informatyki w Banku Zachodniego WBK?

Wyobrażam sobie, że to musiałby być dzień, w którym wskutek awarii informatycznej staje bank. Takiego nie było i jestem przekonana, że taki nie nadejdzie. Owszem, zdarzały się sytuacje stresujące. Kiedyś skończyliśmy przetwarzanie danych z poprzedniego dnia na kwadrans przed porannym otwarciem oddziałów. Na szczęście skończyło się na nerwach.

A redukcje zatrudnienia? W takich sytuacjach trudno znaleźć sprzymierzeńców działu IT i informatyzacji...

Redukcje przypadały w ciężkim okresie ekonomicznym dla banku. Były trudne dla wszystkich. Nie ominęły działu IT. Nikt mi jednak nigdy nie wypomniał, że ludzie są zwalniani "przez komputery".

IT i biznes bardzo się do siebie zbliżyły. Zaczynają mówić wspólnym językiem, co przez lata było wielkim problemem. Na jakim tle obecnie ujawniają się konflikty?

Problemy dają o sobie znać, kiedy strumień zamówień płynących z działów biznesowych przekracza możliwości działu IT. Pojawia się potrzeba reglamentacji usług świadczonych przez IT, ale to biznes musi określić zasady tej reglamentacji. Musi wskazać priorytety - czy z 200 projektów zgłoszonych informatykom naprawdę ważnych jest tylko 20 czy aż 100?

Nie wystarczy podwoić liczebności działu IT?

Jest takie powiedzenie: 9 kobiet w ciąży w miesiąc dziecka nie urodzi. Pewne rygory bankowego systemu transakcyjnego powodują, że liczba projektów, których może podjąć się dział IT, jest zamknięta.

Jak trafiła Pani do wielkiej informatyki?

Przez przypadek, chociaż o tym, że chcę być informatykiem wiedziałam od szkoły średniej. Po studiach pracowałam jako programista i analityk. Na początku lat 90. Bank Zachodni zawarł umowę z brytyjskim Midland Bank i poszukiwał do IT kogoś ze znajomością angielskiego. Nie miałam pojęcia o bankowości, ale postanowiłam spróbować. Prawdziwy przełom w mojej karierze nastąpił po połączeniu z Wielkopolskim Bankiem Kredytowym. W 2000 r. powierzono mi zarządzanie 500-osobowym zespołem połączonych działów informatyki.

Gdyby nie bank, gdzie widziałaby Pani swoje miejsce?

Na pewno nie w małej firmie informatycznej, nawet własnej. Lubię dużą informatykę, duże wolumeny, wyzwania. Czuję sektor bankowy, bo tu IT jest nerwem.

Pod Pani wodzą Bank Zachodni WBK otrzymał tytuł "Lidera informatyki" w 2003 r. W ubiegłym roku miesięcznik CXO uhonorował Panią tytułem "CIO roku". Czy status znanej osoby w środowisku informatycznym pomaga?

Oczywiście cieszę się, że inni doceniają moją pracę. Cieszę się również, że te tytuły zostały bardzo pozytywnie odebrane przez moich współpracowników. Miłym gestem były listy z gratulacjami od wielu korporacyjnych dostawców. Mam jednak zasadę, by w codziennej pracy tego nie wykorzystywać.

Zaczęła Pani od uznania Internetu za największy wynalazek ostatnich 15 lat. Ma Pani ulubione miejsca w sieci?

Nie mam jednej ulubionej strony. Z zawodowego obowiązku często odwiedzam serwis Gartnera, bo potrzebuję syntetycznych danych. Prywatnie szukam w Internecie informacji o swoich hobby: kuchni, roślinach, ogrodach.

Lider Informatyki 2003 - Kategoria Finanse i Bankowość


TOP 200