Książka - "kartki rozszerzeń" komputera

Z dyrektorem wydawnictwa "Intersoftland" Arturem Urbańskim rozmawia Lesław Wawrzonek

Z dyrektorem wydawnictwa "Intersoftland" Arturem Urbańskim rozmawia Lesław Wawrzonek.

Jaka jest obecnie sytuacja na rynku książki informatycznej z punktu widzenia wydawców? Czy można powiedzieć, że jest on już w Polsce ustabilizowany?

Na pewno nie. Myślę, że po latach monopolu Wydawnictw Naukowo-Technicznych ciągle jeszcze jesteśmy w fazie

przejściowej. Oczywiście istnieje grupa niezłych dużych wydawców i całe mnóstwo małych ale do powstania prawdziwego rynku potrzebne są nie tylko wydawnictwa, lecz także cała infrastruktura związana ze sprzedażą książek, a z tym niestety nie jest najlepiej.

Jak ocenia Pan szanse sukcesu rynkowego tych mnóstwa małych, żeby nie powiedzieć jednoosobowych wydawnictw, proponujących dobrą książkę?

Książka, choćby była nie najlepsza, sama się nie wyda i nie wylansuje. Myślę, że bez odpowiedniego zaplecza finansowego i bez związanych z tym nakładów, bo dobry poziom edytorski i reklama dużo kosztują , wydawnictwa takie z góry skazane są na przegraną. Chyba, że wydają np. skrypty dla potrzeb uczelni.

Ale przecież prywatne wydawnictwa mogą starać się o dotacje na niskonakładowe, ale ambitne książki z dziedziny nauk informatycznych. Czy to robią?

Raczej nie. Uzyskanie dotacji jest dosyć trudne, zwłaszcza dla książek z tej dziedziny, która uchodzi za dochodową. Poza tym podejrzewam, że nikt nie wygra tutaj z WNT. Zaznaczam, że nie wiem czy ono wciąż korzysta z dotacji, ale sądząc po cenach...

A właśnie, ceny - czy książki informatyczne muszą być tak drogie? Przecież niedługo osiągną one zachodni poziom cen przy szacie graficznej i poziomie często daleko odbiegających od ich zachodnich odpowiedników!

Niestety, książki te muszą tyle kosztować i mogę powiedzieć, że będą coraz droższe. Wpływa na to kilka czynników: po pierwsze -niskie nakłady, po drugie - wysoki koszt przygotowania książki do druku i samego druku, a po trzecie - stale rosnące ceny papieru. Np. w ciągu ostatniego roku papier zdrożał o przeszło 100%! Jeśli chodzi o szatę graficzną, to jest ona taka, jaka jest osiągalna w Polsce za rozsądną cenę. Oczywiście, można przejść na lepszy gatunek papieru i druk wielokolorowy, lecz wielokrotnie podwyższy to cenę książki. Dochodzi do paradoksu - wydanie takiej eleganckiej książki za granicą jest tańsze niż w Polsce! Myślę jednak, że sytuacja ta unormuje się i książki informatyczne będą coraz lepiej wydawane. Kwestia poziomu książki, rozumiem, że chodzi tu o jej jakość merytoryczną, poziom edytorski i rzetelną korektę?

Tak.

Niestety, jest to odwieczny dylemat wydawców książek o niskich nakładach, a w przypadku książek o tematyce komputerowej, także często o krótkim ich "życiu" na rynku. Można zatrudnić np. słabszego, lecz taniego tłumacza lub dobrego bardzo drogiego. Oczywiście ma to związek z ceną książki. Podobnie jest z korektą i składem. Myślę, że jednak należy zachować tu pewien kompromis z tendencją w kierunku podnoszenia poziomu. Bezwzględnie natomiast należy utrzymywać wysoki poziom książek popularnych, przeznaczonych dla początkujących. Ponieważ osiągają one nieco większe nakłady, koszty i tak się zwrócą. Jednak nie wszyscy wydawcy to rozumieją.

Dlaczego więc w znacznie mniejszym kraju jakim są Czechy, nakład 5000 egzemplarzy książki o tematyce komputerowej uchodzi za standardowy, a w Polsce za taki uważa się nakład 2000?

Myślę, że jest to kwestią struktury własności i wielkości wydawnictw i drukarni. W Polsce standardowy nakład 2000 często jest tzw. pierwszym rzutem książki. Jeśli sprzedaje się ona dobrze, to natychmiast wykonywane są dodruki. Dobra i "trafiona w rynek" książka informatyczna potrafi przekroczyć nawet nakład 30 tys. egzemplarzy! Jeśli książka sprzedaje się źle to trzeba o niej szybko zapomnieć. A łatwiej to zrobić mając nie sprzedane np. 1000 egzemplarzy niż 4000! W Czechach, z tego co wiem, sytuacja jest nieco inna. Nie ma tam tylu prywatnych wydawnictw i drukarni.

Sądzę, że podana przez Pana liczba 5000 bierze się z mniejszej liczby, ale za to dużych wydawnictw. Małe wydawnictwo prywatne nie ryzykuje dużego nakładu, zawsze przecież może dodrukować dobrze sprzedającą się książkę.

Używając słownictwa dziedziny, z którą jesteśmy związani, chciałbym zapytać dlaczego tak dużo wydaje się książek z "powłoki (shell)" technik informatycznych a tak niewiele z ich "jądra (kernel)"?

Wiąże się to ściśle z grupą odbiorców, do której skierowana jest książka. Z "powłoki" korzystają praktycznie wszyscy użytkownicy komputerów, a z "jądra" - tylko specjaliści, którzy często wolą oryginalne, anglojęzyczne produkty.

Jakiego rodzaju książki i z jakiego zakresu tematyki sprzedają się najlepiej?

Już wcześniej częściowo odpowiedziałem na to pytanie: najlepiej sprzedają się książki dla początkujących i średnio zaawansowanych użytkowników komputerów. Ich jest po prostu najwięcej, znacznie więcej niż profesjonalistów. Oczywiście podanie tylko tego kryterium byłoby dużym uproszczeniem. Istnieje duży związek między wielkością sprzedaży a tematami poruszanymi w książce: najlepiej sprzedają się książki opisujące najpowszechniej używane w Polsce programy: np. wszystkie spolszczone wersje produktów firmy Microsoft. Także dobrze sprzedają się książki wykraczające poza ramy oprogramowania i opisujące szerzej jakąś dziedzinę informatyki: np. podstawy obsługi i działania komputera, grafikę, multimedia, wirtualną rzeczywistość czy też zagadnienia składu komputerowego.

Na rynku obserwuje się obecnie przewagę ilościową książek tłumaczonych nad autorskimi. Jaka jest pana zdaniem przyczyna tego zjawiska?

Tak naprawdę to w Polsce nie ma jeszcze zbyt wielu autorów z prawdziwego zdarzenia. Stąd trzeba sięgać do bogatej literatury anglosaskiej, tym bardziej, że wszystkie nowości sprzętowe i w dziedzinie oprogramowania stamtąd pochodzą.

Nasuwa się związane z tym pytanie. Otóż w latach 30. naszego stulecia matematyk Bourbaki stworzył wielotomowe dzieło, a jak się później okazało pod tym nazwiskiem ukrywała się cała galeria wybitnych matematyków! Czy podobnie wygląda formuła autorstwa amerykańskich autorów takich, jak Alan Simpson, Mike Miller czy Kathy Murray, a w Polsce panów Klika czy Bieleckiego?

Ależ w tym nie ma chyba nic złego? Dopóki autor firmuje swoim nazwiskiem pracę wykonaną pod swoim nadzorem i jest w pełni świadomy konsekwencji z tego płynących, to wszystko jest w porządku. Jednakże, gdy pojawi się książka Kowalskiego dziwnie przypominająca amerykański odpowiednik - to już jest to grubą przesadą, pomijając fakt niezgodności z obowiązującym prawem.

Tłumaczeniem i wydawaniem dokumentacji do polonizowanych programów zajmują się niedoświadczone w tej materii firmy komputerowe, co wiąże się z większymi kosztami i gorszą jakością. Dlaczego nie robią tego wydawnictwa, mające przecież odpowiednie zaplecze?

Naprawdę nie wiem. Myślę że aby się porozumieć obie strony muszą tego chcieć.

W ostatnich latach panował system: program od pirata i "dokumentacja" z księgarni. Czy w rezultacie wprowadzenia ustawy o ochronie praw autorskich, nastąpiło lub można oczekiwać zmniejszenia nakładów książek, gdyż teraz więcej ludzi kupuje legalne oprogramowanie które jest zwykle wyposażone w podręczniki?

Nie sądzę, by miało to jakiekolwiek znaczenie. Niestety, dokumentacje dostarczane wraz z programami są zbyt skomplikowane i zazwyczaj odstraszają początkującego użytkownika swą objętością i bardzo mądrym językiem. Nie dotyczy to oczywiście tylko polskich dokumentacji - tak jest na całym świecie. Stąd ludzie wszędzie szukają w księgarniach czegoś, ich zdaniem, "normalnego" do poczytania i nauki.

Czy duże wydawnictwa nie powinny porozumieć się i stworzyć wraz z językoznawcami zespołu do ujednolicenia i "odchwaszczania" języka polskiego w tak dynamicznie rozwijającej się dziedzinie jaką są techniki informatyczne?

Być może tak, ale tutaj powinny chyba być jakieś odgórne zalecenia! Nie można stworzyć czegoś, co za chwilę może okazać się "niewłaściwe". Myślę, że w ten proces powinna zaangażować się duża grupa ludzi i instytucji - począwszy od szczebla rządowego poprzez ośrodki uniwersyteckie, firmy rozprowadzające i polonizujące programy aż do wydawnictw literatury informatycznej.

Jak Pan ocenia potencjalne zagrożenie dla tradycyjnego rynku wydawniczego ze strony multimedialnych środków przekazu, a więc również przesyłania książek do czytelników w postaci plików?

Sądzę, że to zagrożenie jest minimalne. Nie wyobrażam sobie profesjonalnego wydawcy przesyłającego książkę w postaci pliku -byłby to początek jego końca. Z drugiej strony również nie wyobrażam sobie kogoś drukującego kilkusetstronicowy plik na swojej drukarce. Dalej, nie wyobrażam sobie kogoś siedzącego pół dnia przy monitorze i czytającego książkę, która dla mnie kojarzy się z czymś bardzo osobistym i przyjemnym - można ją poczytać do poduszki lub podczas kąpieli! Oczywiście multimedia zdecydowanie wkroczą na rynek encyklopedyczny i edukacyjny - jakże przyjemnie można się dzięki nim uczyć np. angielskiego lub posłuchać fragmentów utworów Beethovena wybranego w multimedialnym leksykonie.

Wróćmy do wspomnianej wcześniej przez Pana kwestii dystrybucji książek informatycznych. Czy wygląda ona

podobnie, jak w innych krajach?

Niestety nie i myślę, że jeszcze długo nie osiągniemy w Polsce standardów zachodnich. Jest to chyba związane z niezbyt powszechnym uświadomieniem w naszym społeczeństwie konieczności wejścia komputera na stałe do naszego życia. Nie można przecież zatrzymać się w rozwoju! Obecnie dochodzi do paradoksalnych sytuacji: hurtownie i księgarnie nie chcą brać książek informatycznych, które proponowane są praktycznie do sprzedaży komisowej (z rozliczeniem po sprzedaży), podczas gdy pan Nowak z miejscowości X bezskutecznie poszukuje interesujących go tytułów. Jako ciekawostkę powiem, że rozpoczęta nie tak dawno przez nasze wydawnictwo sprzedaż wysyłkowa przynosi miesięcznie więcej wpływów niż utarg niejednej hurtowni! Szokujące są sygnały czytelników: książek o tematyce komputerowej można bezskutecznie szukać w 90% polskich miast, a tam gdzie są, ich wybór jest bardzo niewielki. A przecież praktycznie w każdej zachodniej księgarni można znaleźć całkiem spory wybór tego rodzaju wydawnictw, przynajmniej dla początkujących!

I ostatnie pytanie, tym razem "podchwytliwe": czym różni się promowana przez "Intersofland" seria "Nie tylko dla orłów", od serii "Dla opornych" wydawnictwa "Read me"? Wydaje się, że przeznaczone są one dla podobnej kategorii czytelników, a więc należy chyba oczekiwać silnej konkurencji.

Mam taką nadzieję.


TOP 200