Kosmos rozpaczy i złudzeń

Ze Stefanem Chwinem, pisarzem, profesorem Uniwersytetu Gdańskiego, rozmawia Andrzej Gontarz.

Ze Stefanem Chwinem, pisarzem, profesorem Uniwersytetu Gdańskiego, rozmawia Andrzej Gontarz.

Profesor Henry Jenkins z Massachusetts Institute of Technology uważa, że m.in. za sprawą nowych technologii, ale też i przemian społecznych, coraz większy wpływ na kształt kultury mają sami jej konsumenci. Jeżeli tak to mamy do czynienia z kulturą permanentnej zmiany, każdy w zasadzie może sobie tworzyć kulturę na własny użytek.Czy odbiera Pan tę tendencję jako zagrożenie, czy szansę dla kultury? Jak w takiej sytuacji miałaby wyglądać socjalizacja, edukacja, wdrażanie do uczestnictwa w kulturze?

Stefan Chwin

Stefan Chwin

Jako nauczyciel akademicki z Internetu i komputera korzystam codziennie, także na zajęciach ze studentami. Mam jednak wrażenie, że cywilizacja Internetu podważa fundamenty tradycyjnie pojętej edukacji uniwersyteckiej. Zmierzamy w stronę elektronicznego uniwersytetu korespondencyjnego. Już to kiedyś przerabialiśmy, chociaż na nieporównanie mniejszą skalę. Rozsyłano specjalne broszury, nadawano edukacyjne programy telewizyjne. Teraz dzięki sieci zmienia się szybkość przekazu, dostępność, pojawia się możliwość uatrakcyjnienia wykładów. Ma to rzecz jasna swoje dobre strony.

Ja sam np. prowadzę czasem konsultacje doktorskie przez telefon, siedząc przed ekranem komputera, na którym jest wyświetlany roboczy tekst doktoratu, gdy moja doktorantka nie może się ze mną spotkać z powodu choroby. I ma to sens.

Do tej pory najważniejsze na uniwersytecie było wprowadzanie studentów w świat kultury przez bezpośrednie, osobiste obcowanie z wykładowcą. Teraz wygląda na to, że w przyszłości będziemy produkować w naszych gabinetach prezentacje komputerowe i wysyłać je w sieć, gdzie będą wyszukiwane i przejmowane przez uczących się. Żywą osobę wykładowcy zastąpi program w Internecie. Już dzisiaj widać to na wykładach. Wykładowca tylko naciska pilota, studenci nie zwracają się ku niemu, lecz ku prezentacji wyświetlanej na ekranie.

Czy nie sądzi Pan, że po okresie zachłyśnięcia się możliwościami prezentacji komputerowej nastąpi przesilenie i zaczniemy wracać do słuchania. Niektórzy prelegenci czy wykładowcy rezygnują ze wsparcia komputerowego starając się przede wszystkim skupić uwagę słuchaczy na tym, co mają do powiedzenia.

Nie sądzę, bo na możliwości technik informacyjnych nakłada się wizualna wyobraźnia studentów ukształtowana mocno przez telewizję i współczesne sztuki wizualne. Przekazywanie wiedzy bez posłużenia się prezentacją wizualną będzie coraz trudniejsze.

W swoich wykładach staram się zachowywać umiar. Używam wizualizacji komputerowej na wykładach i konwersatoriach, dlatego że dotyczą one nie tylko literatury, ale także sztuk plastycznych. Internet pomaga w takich sytuacjach jako składnica treści, magazyn wiadomości. Rolą wykładowcy jest wybór właściwych rzeczy spośród miliona informacji ze stron internetowych muzeów, galerii, ośrodków uniwersyteckich, bibliotek. A także umiejętne powiązanie tych milionowych, rozproszonych treści w sensowną całość, spójną wizualną interpretację wybranego problemu.

Na ile techniki informacyjne zachwieją podstawami dotychczasowego modelu edukacji? Mówi się o postępującej indywidualizacji uczestnictwa w kulturze. Gdy każdy może dowolnie wybierać z szerokiej oferty, trudno mówić o kanonie lektur, kanonie tekstów kultury. Na czym w takiej sytuacji będzie się opierać w przyszłości funkcjonowanie szkoły, uczelni?

Każdy uniwersytet ma już dzisiaj własny kanon lektur. Nie wiem, na ile to ma jednak związek z informatyzacją i internetyzacją. To raczej efekt demokratyzacji życia społecznego. Gdy każdy ma prawo opracować własny program kształcenia, trudno o zachowanie jednego kanonu. Nie widzę w tym niczego złego.

Systemy informatyczne stwarzają możliwość indywidualizacji przekazu - to może mieć rzeczywiście wpływ na edukację uniwersytecką, szczególnie gdy będziemy wykorzystywać komputery do indywidualanego toku kształcenia rozmaitych form kreatywności. Gdy natomiast będziemy korzystać z sieci jedynie do przekazywania informacji, trudno sobie wyobrazić, aby można było prowadzić zindywidualizowany wykład dostosowany do osobistych upodobań np. tysiąca osób. Komunikacja z grupą zawsze jest odindywidualizowana. Nie inaczej jest w Internecie.

Zwolennicy zjawiska Web 2.0 mówią, że teraz dzięki serwisom społecznościowym każdy będzie mógł znaleźć w sieci to, co jest mu dokładnie potrzebne czy to, co go interesuje oraz bez przeszkód wyrazić siebie, przekazać własną treść innym.

Nie przesadzałbym z kreatywnością w Internecie. Ona jest skierowana w pustkę. Internet wydaje mi się cmentarzyskiem zawiedzionych nadziei. Co z tego, że każdy może opublikować, co tylko chce, skoro większość z tych publikacji nigdy nie zostanie przeczytana czy obejrzana. Jakie nadzieje może zaspokoić taka autoekspresja, autokreacja, która nie trafia do nikogo? Czy to jeszcze bardziej nie frustruje tych, którzy publikują przecież po to, aby ktoś zwrócił na nich uwagę? Internet jest kosmosem rozpaczy. To nieskończona przestrzeń, w której rozbrzmiewają głosy samotności, głosy ludzi, którzy rozpaczliwie dają znaki o sobie. Internet stwarza złudzenie, że można zainteresować innych swoją osobą. To są jednak w większości przypadków mity.

Blogi są czytane, ale przede wszystkim chodzi o blogi ludzi z dużymi nazwiskami, tak jak kiedyś były czytane zapiski, dzienniki czy pamiętniki osób znanych i sławnych. Czasami blogi czyta też grupa znajomych autora. Reszta blogów jest w ogóle nie zauważana. W Polsce nie wypalił pomysł sprzedawania książek przez specjalne, internetowe witryny. To miała być rewolucja - ludzie mieli zamawiać sobie pliki ze składem książek ulubionego autora i drukować je sobie w domu na swojej drukarce za stosowną opłatą. Jak dotąd wolimy jednak kupować książki wydawane na papierze i rozprowadzane przez sieć księgarń.

Wydawało się, że książki drukowane zostaną zastąpione przez e-książki czytane na ekranie specjalnego urządzenia...

Nie widać, aby papierowe książki miały wyjść z obiegu. Teoretycznie można się spodziewać walki między wydaniami papierowymi a elektronicznymi (oferta e-książek jest coraz większa), ale czytanie z ekranu nie daje tej przyjemności co lektura książki w wersji papierowej. Na książce elektronicznej nigdy nie znajdzie się autograf, ślad ręki autora. A wielu ludziom na tym właśnie zależy.

A elektroniczne gazety?

Tutaj jest inaczej. Sam się łapię na tym, że rano czytam wiadomości na ekranie, a nie na papierze. Nie sądzę jednak, aby gazety całkiem znikły z rynku. Redakcje i wydawcy mają swoje sposoby na utrzymanie czytelników przy wydaniach papierowych, chociażby takie jak udostępnianie w sieci tylko fragmentu tekstu i odsyłanie czytelnika do pełnej wersji papierowej. To działa.