Jesteśmy wyspą ciepła

Rozmowa z Piotrem Siemionem autorem przekładów z literatury amerykańskiej (m.in. "49 idzie pod młotek" Thomasa Pynchona, "Sumy wszystkich strachów" Toma Clancy'ego). Napisał dwie powieści: "Niskie łąki" oraz "Finimondo". Jest także prawnikiem, na co dzień pracuje w dużej korporacji.

Piotr Siemion jest autorem przekładów z literatury amerykańskiej (m.in. "49 idzie pod młotek" Thomasa Pynchona, "Sumy wszystkich strachów" Toma Clancy’ego). Napisał dwie powieści: "Niskie łąki" oraz "Finimondo". Jest także prawnikiem, na co dzień pracuje w dużej korporacji.

Jak wyobraża pan sobie przyszłość świata za 20 lat?

Jak zawsze można wyróżnić dwie szkoły myślenia o przyszłości. Pierwsza z nich zapewnia, że za 20 lat na świecie będzie mniej więcej tak samo, ewentualnie - trochę lepiej. Druga szkoła, wizjonerska, opowiada balwiernie o przełomach, podsuwając wizje sklepów sieci "Żabka" pod kopułami kolonii na Marsie czy Jowiszu. Dochodzą tu jeszcze podziały pokoleniowe: starsi mówią, że świat schodzi na psy; młodsi, że kiedy już wezmą wszystko w swoje ręce, będzie naprawdę czadowo. Dobrze, dość uników. Ze wszystkich aspektów przyszłego świata mnie najbardziej interesuje technologia w jej nowych odmianach. Konkretnie, biotechnologia i inżynieria genetyczna, skrzyżowana z technikami informacyjnymi. Wynika to z moich lęków. Kiedy się urodziłem, na świecie było 3 mld ludzi (obecnie 7 mld). W kopalniach miedzi, gdzie pracowałem, surowca zostało na dokładnie 20 lat. Jest jasne, że musimy jako rodzaj ludzki zacząć inaczej traktować zasoby, jakimi dysponujemy. Nie chodzi o ich ochronę, ale o nowy sposób naszego istnienia w kurczącej się "naturze". W duszy jesteśmy hordą myśliwsko-zbieracką, tylko że lasu i sawanny wokół nas już prawie nie ma. Nie chodzi o to, by nas zmienić w mrówki. Ale lasy do wyrąbywania też się nam już kończą. Tego nie zmienimy, więc musimy zmienić siebie jako rodzaj.

Czy bardziej interesuje pana snucie wizji optymistycznych, czy pesymistycznych?

W świetle lęków, o których wspomniałem, najlepsza byłaby ucieczka do przodu. A więc w nieznane. Optymistą, który jest mi bliski, był na przykład katolicki myśliciel francuski Teilhard de Chardin. Dla niego przyspieszenie rozwoju człowieka w dwóch ostatnich stuleciach oznaczało, że staniemy się zbiorowym organizmem czy duszą, przejdziemy poza bariery zwierzęcego pochodzenia. De Chardin widział w tym rękę Boga. Nie idę tak daleko jak on, ale to kusząca wizja: z sumy części, jakimi jest ludzkość, przemienimy się w nową strukturę. Spiętą sieciami informatycznymi jak systemem nerwowym. A pesymizm? Ograniczeniem pozostaje czas. Po pierwsze, czy zdążymy? Po drugie, i tak nie unikniemy - każdy z nas - swojej skończoności. Nie oszukamy śmierci w pojedynczym wydaniu. Może nawet nie powinniśmy. I nie taka powinna być rola technologii. Nie chcę, żeby mnie zamrożono. Ale jeśli ktoś wyhoduje dla mnie, ślepnącego, nowe oczy, chętnie dam je sobie wszczepić.

Czy zgadza się pan z opiniami, że prasa i książki w papierowej formie nie przeżyją następnej dekady?

Oczywiście, że tak. Nie boli mnie to. Nie jestem fetyszystą, który opowiada o zapachu kartek. Egipskie papirusy też na pewno miały miły zapach. Pamięć jest czymś innym niż jej nośnik. Wczoraj w saloniku na lotnisku widziałem, jak piętnastu biznesmenów czyta gazety. Dwóch szeleściło, reszta klikała w swoje i-Pody. A książki? To, co w nich istotne, nie rozpada się w proch i nie pali się. Ocaleje na pewno.


TOP 200