Informatyka to nie polityka

Z Markiem Carem przewodniczącym Rady Koordynacyjnej ds. Teleinformatyki rozmawia Olo Sawa

Z Markiem Carem przewodniczącym Rady Koordynacyjnej ds. Teleinformatyki rozmawia Olo Sawa

- Premier Pawlak na ubiegłorocznym Forum w Łańsku powiedział m.in.: "Dzięki istniejącym zapóźnieniom w technologiach informatycznych, nasz kraj ma swoistą szansę rezygnacji z powolnej, ewolucyjnej drogi rozwoju na rzecz wyboru tylko nowoczesnych rozwiązań, które jak to już widać, mają przed sobą przyszłość, a jednocześnie pozwolą na wykorzystanie rodzimych talentów do ich realizacji". Czy nie uważa Pan, że ta wypowiedź Premiera została zbyt dosłownie odebrana wśród niektórych członków administracji rządowej?

- Musimy powiedzieć od razu jasno. Albo rozmawiamy o polityce, albo o informatyce. Tych dwóch rzeczy nie można ze sobą mieszać. Próbował to robić dyrektor Biura Informatyki URM Andrzej Florczyk. Ja nie zamierzam tego robić. W jego pojęciu wszystko, co dotyczyło informatyki, wiązało się z bardzo poważnymi decyzjami politycznymi. Wskutek tego natykamy się na paranoidalne analizy składu pełnomocników w urzędach centralnych z punktu widzenia ich przynależności partyjnej. Informatyka nie jest partyjna tylko usługowa. Prasowe opisy tzw. afer przetargowych opierają się wyłącznie na faktach prasowych, nie związanych z rzeczywistością. Jest to krytyka polityczna, a nie merytoryczna.

- Wydawanie publicznych pieniędzy zawsze i wszędzie będzie sprawą polityczną.

- Dobrze, rozmawiajmy zatem o polityce. Jasne jest, że ta nagonka nie wzięła się znikąd. Sam wielokrotnie byłem pytany czy w sprawie konkretnego przetargu nie było jakiś wytycznych. Zawsze odpowiadam: przetarg ma być rzetelny i uczciwy. Poza tym wykorzystano informatykę do bezpardonowej walki politycznej. Przed 1 stycznia br. nie było ustawy o zamówieniach publicznych. Ten stan musiał rodzić pewne podejrzenia.

- Podejrzenia oparte na dość solidnych podstawach.

- Na razie niczego nikomu nie udowodniono. Sprawą InterAmsu zajmuje się NIK i dopóki nie zostanie ona wyjaśniona, nie można mówić o żadnych faktach.

A sprawa Lucowa?

Mówimy o faktach. A fakty są takie, że żona wiceprezesa Głównego Urzędu Ceł, pani Lucow, wykupiła akcje firmy, która nie rozpoczęła działalności. Na tej podstawie próbuje się udowodnić udział żony prezesa Lucowa w przetargach organizowanych przez GUC. Zarzuty są nieprawdziwe, więc mamy do czynienia z kolejnym przykładem faktu prasowego. Nic dodać, nic ująć.

- Zatem - według Pana - informacja zamieszczona w gazecie nie stanowi już pewnego sygnału...

- ...Owszem, stanowi, jest świetnym przykładem manipulacji. Wszystkie tzw. afery przetargowe są - z mojego punktu widzenia - czyste. Nie noszą znamion przestępstwa. Poza jedną - podejrzewanie prezesa InterAmsu o działanie na szkodę własnej firmy i w tej tylko sprawie trwa dochodzenie prokuratorskie.

- Wróćmy może do wypowiedzi Premiera. Czy nie uważa Pan, że rezygnacja z ewolucyjnej drogi informatyzacji na rzecz szybkich, nowoczesnych rozwiązań nie sprzyja powstawaniu afer?

- Zawsze istniało takie ryzyko i dlatego właśnie przyjęto ustawę o zamówieniach publicznych. W intencjach szefa utworzonego na tej podstawie Urzędu ds. Zamówień Publicznych leży, by każda publiczna złotówka wydawana było zgodnie z prawem. Ustawa czeka na kolejne akty wykonawcze i mam nadzieję, że z czasem wszystko się unormuje. Nie uchylam się od stwierdzenia, że w ubiegłych latach zamówienia realizowane były niezgodnie z prawem, ponieważ takiego prawa nie było. Zastanawiajmy się raczej czy obecna, uwarunkowana prawnie rzeczywistość nie daje nam kolejnych podstaw do wysuwania oskarżeń.

Reasumując twierdzę, że wspomniane enuncjacje prasowe były przejawem walki politycznej. Bazą dla tej nagonki był brak ustawy o zamówieniach publicznych i uregulowań prawnych precyzujących wydatki publiczne. Ustawę tę przyjęto za rządu premiera Pawlaka, podobnie jak ustawę o ochronie własności intelektualnej twórców oprogramowania.

- Na informatyzację administracji rządowej wydano ubiegłym roku około 600 mln USD. Co nas czeka w 1995 r.?

- Nie wiadomo, brak bowiem podstawowych informacji. Nie wiadomo czy prezydent podpisze budżet, czy wprowadzone zostaną do ustawy jakieś zmiany. Nie wiadomo czy w budżecie KBN znajdzie się suma 350 mld starych zł na poprawę struktury informatycznej kraju. W związku z tym jest za wcześnie, by mówić o konkretnych liczbach. Miejmy świadomość, że obracamy się w sferze "gdybania".

- W tej sferze Pan, jako pełnomocnik, obracał się nieustannie przez cały rok.

- Tak i uświadomiłem sobie, że istnieją dużo lepsze sposoby na oszacowanie wydatków administracji terenowej na informatyzację. Na podstawie raportów z urzędów wojewódzkich można ocenić, ile wydadzą one na informatyzację, co więcej, można wyliczyć średnią wydatków w ostatnich 5 latach i w ten sposób oszacować dynamikę wzrostu. Oceniam więc, że w tym roku na ten cel zostanie przeznaczonych ok. 800 mln USD. Wliczam w to oczywiście fundusze uzyskane przez rozmaite międzynarodowe programy pomocowe Unii Europejskiej i USA, a także środki wypracowane przez gminy.

- Powiedział Pan, że czuje się "pełnomocnikiem tego Premiera". Jak Pan to rozumie?

- To Waldemar Pawlak powołał mnie na to stanowisko. On mnie też z niego zwolnił. Jako pełnomocnik rozpocząłem działania, które według mnie i osób, których zdanie cenię, powinny być kontynuowane. Jeśli natomiast nowy Premier postanowi, co uważam za mało prawdopodobne, że komputery należy zamknąć w szafach pancernych to nie widzę dla siebie miejsca w administracji. Uważam jednak, że przez ostatni okres wydano zbyt dużo pieniędzy na informatykę, by można było ten proces odwrócić. Udowodniono, moim zdaniem, że komputery na tyle usprawniają proces podejmowania decyzji w administracji publicznej, że ich obecność stała się po prostu niezbędna.

Ponadto została powołana Rada Koordynacyjna, która przejęła kompetencje zarówno moje jak i częściowo URM. W tej sytuacji uważam, że dalsze funkcjonowanie urzędu pełnomocnika jest pozbawione sensu. Doprowadziłem bowiem do powstania struktur, które będą decydować o rozwoju teleinformatyki w administracji publicznej.

- Pana decyzja o odejściu wiązała się też z narastającym konfliktem z BI URM?

- Od początku zarówno moje kompetencje, jak i dyr. Florczyka zostały rozdzielone. Biuro miało zajmować się siecią, zakupami, oprogramowaniem Urzędu, a jeśli wprowadzimy interpretację rozszerzającą obowiązujących regulaminów, także urzędami wojewódzkimi, terenowymi bankami danych itd. Ja współpracowałem z administracją centralną. Od 1 stycznia sytuacja zmieniła się. Według nowego regulaminu URM zacząłem bezpośrednio odpowiadać również za pracę Biura Operacyjnego i Biura Informatyki. Od początku nie miałem zastrzeżeń do pracy Biura Operacyjnego, natomiast w drugim przypadku lawinowo zaczęły narastać konflikty i nieporozumienia. W końcu nie widziałem dalszej możliwości wzajemnej współpracy. Stwierdziłem, albo ja, albo Andrzej Florczyk powinien odejść. Dyrektor nie zrezygnował, w związku z czym ja złożyłem rezygnację.

- I siedzi Pan przy biurku Andrzeja Florczyka.

- Siedzę przy tym samym biurku, za którym pierwszy raz usiadłem 9 miesięcy temu. Znajduje się ono notabene dokładnie dwa piętra nad biurkiem Premiera. Biurko dyr. Florczyka czeka na jego powrót ze zwolnienia lekarskiego. Ktoś musi kontynuować jego pracę. Szef URM powierzył mi zatem czasowe kierowanie Biurem Informatyki.


TOP 200