Informatyk europejski

Z Rogerem Johnsonem, przewodniczącym Rady Europejskich Zawodowych Towarzystw Informatycznych (CEPIS), rozmawia Przemysław Gamdzyk.

Z Rogerem Johnsonem, przewodniczącym Rady Europejskich Zawodowych Towarzystw Informatycznych (CEPIS), rozmawia Przemysław Gamdzyk.

Czy Pana zdaniem profesjonalne organizacje zrzeszające informatyków w poszczególnych krajach europejskich różnią się w istotny sposób?

Z całą pewnością. Poza dość oczywistym podziałem na stowarzyszenia grupujące zasadniczo informatyków będących naukowcami, a tymi, w których dominują praktycy, ogromną rolę odgrywa odmienność postrzegania zawodu informatyka w różnych krajach.

W Wielkiej Brytanii staramy się traktować ją jako dziedzinę inżynierską. Ma to konsekwencje przede wszystkim w określeniu kierunku, który miałby przejść każdy informatyk - pewnych rzeczy nie może wykonywać ktoś nie dysponujący odpowiednim wykształceniem i pewną praktyką. Dlatego o poziomie informatyków w danym kraju decydują nie tylko uczelnie, ale także możliwości późniejszego dokształcania. Nie ma czegoś takiego, jak jedynie słuszna droga rozwoju zawodowego w informatyce. Każdy kraj może mieć własne reguły - choć potrzebne są wówczas międzynarodowe standardy weryfikacji umiejętności zawodowych.

Liczebność członków Polskiego Towarzystwa Informatycznego, mimo dość żywiołowego rozwoju informatyki w naszym kraju w ciągu ostatnich 10 lat, nie zmieniła się znacząco. Czy ta dysproporcja jest także widoczna w innych krajach?

To nie jest problem występujący wyłącznie w Polsce i całej Europie - to problem światowy. Widać jednak bardzo wyraźnie różnice między poszczególnymi krajami - najlepiej je uwidacznia odsetek informatyków, którzy należą do jakiejś profesjonalnej organizacji. Pod tym względem najlepiej sytuacja wygląda w Finlandii i Norwegii. Przyczyniła się do tego bez wątpienia otwartość tamtejszych organizacji skupiających informatyków. Większość stowarzyszeń ukierunkowana jest bardzo wąsko - jedynie na utytułowane osoby lub zajmujące odpowiednio wysokie stanowiska. W krajach skandynawskich należą do nich także programiści i technicy sprzętowi. Wiele stowarzyszeń w innych krajach teoretycznie też jest otwartych na wszystkich parających się informatyką, ale w praktyce wygląda to zupełnie inaczej.

W Anglii podejmowaliśmy różne próby prowadzenia spotkań, na których obecni byli naukowcy i informatycy, zajmujący się praktyką. Nie mogę powiedzieć, żebyśmy odnieśli zbyt wielkie sukcesy... Zazwyczaj brakuje dobrej współpracy między praktykami a naukowcami z uczelni. Przykładowo, kiedy realizowane w praktyce projekty się nie udają, zazwyczaj ich przebieg otacza się tajemnicą. Akademicy nie mają dostępu do ważnych danych - nie mogą się dowiedzieć, co doprowadziło do porażki. Trudno zatem o pomoc ze strony naukowców. Zamiast tego zajmują się oni niezupełnie najbardziej istotnymi zagadnieniami. To z kolei przekłada się na programy nauczania - firmy wszędzie narzekają, że absolwenci wydziałów informatyki mają zasadnicze braki w wykształceniu. Bez udziału pracy naukowców i stworzonych przez nich podstaw teoretycznych nie da się budować dobrych i godnych zaufania systemów.

Zjednoczenie Europy, które nastąpi prędzej czy później, stworzy ogromne problemy dla ludzi odpowiedzialnych za systemy informatyczne. Wiele z nich trzeba będzie połączyć i ujednolicić. Czy informatycy skorzystają jednak w jakiś sposób dzięki powstaniu jednolitej Unii Europejskiej?

Ważna będzie dla nich przede wszystkim łatwość znajdowania pracy w odległych od siebie regionach Europy - wzmocniona zostanie naturalna mobilność tego zawodu i brak związania produkcji oprogramowania z fizyczną lokalizacją. To wymaga opracowania procedur i standardów, by informatycy europejscy mogli w zrozumiały i uznawany przez wszystkich sposób potwierdzać swoje kwalifikacje.

Kłopotów zaś na pewno będzie mnóstwo - z rozwiązaniem niektórych z nich z całą pewnością nie zdążymy. Podobnie zresztą jak z problemem roku 2000...