EN FACE: Piotr Milewski...

... od kilkunastu lat związany z wdrożeniami SAP w Polsce, m.in. jako handlowiec, menedżer SAP Polska zajmujący się współpracą z partnerami, dziś szef konsultingu w itelligence.

O ZMIERZCHU BOGÓW

Dekadę temu mieliśmy wrażenie - jako sprzedawcy i konsultanci SAP oraz uczestnicy projektów ze strony klienta - że mamy najlepszy produkt na rynku, że niesiemy kaganek oświaty. Pamiętam, jak uczyłem się na pamięć dokumentacji SAP R/3 nagrywając ją na kasety i wielokrotnie odsłuchując podczas jazdy samochodem. Po kilkudziesięciu godzinach znałem ją na wyrywki i nie uważałem, że marnuję czas. Przeciwnie, byłem dumny z wiedzy, którą mogłem zaoferować klientom. Wówczas każde wdrożenie było sporym wydarzeniem, dniówka konsultanta wynosiła jeszcze kilka lat temu w Niemczech 1800 euro, a słynne powiedzenie do klienta - "Proszę do nas nie dzwonić, jeżeli nie ma pan miliona dolarów budżetu" - było jak najbardziej prawdziwe. Teraz SAP stał się produktem rynku masowego, zdarza się, że sprzedawanym przez ludzi, którzy z informatyką nie mają i nigdy nie mieli wiele wspólnego. Ludziom "z zewnątrz" może się to wydawać naturalnym, nieuniknionym procesem dojrzewającego rynku, ale dla ludzi "ze świata SAP" to jak obserwowanie zmierzchu bogów... Z drugiej strony świat SAP dostosował się do powiedzenia byłego menedżera największego konkurenta SAP w Polsce - "Nie wyrzucą mnie z tej pracy za to, co powiem, czy obiecam klientom, tylko za to, że nie zrobię wyniku w kwartale". I taki los go zresztą spotkał. Przekłada się to na jakość przestawianych klientom ofert, na próby sprzedaży z góry licencji potrzebnych za kilkanaście miesięcy, na cykliczność wielkości upustów zgodnie z zamykaniem kwartałów. Prowadzi to do tego, że klienci zaczynają się zastanawiać, ile tak naprawdę wart jest produkt, który mają kupić i dlaczego wiedzę kupuje się jak pietruszkę, w pęczku taniej. Kryzys sprawia, że firmy zajadle walczą o klientów, ale w długiej perspektywie niesportowe zagrywki i brak szacunku do sprzedawanej wiedzy zaszkodzą i stosującej je firmie, i całemu rynkowi.

O FALI WYJAZDÓW I... POWROTÓW

Fala wyjazdów konsultantów na Zachód i opowiadanie o kokosach, jakie można tam zarobić, skończyło się sześć miesięcy temu. Dziś widać, że i w Irlandii i w Niemczech o pracę ciekawą, czy w ogóle jakąkolwiek jest znacznie trudniej. Rynek pracy staje się rynkiem pracodawcy. Ludzie, którzy jeszcze kilka miesięcy temu hołdowali przyjętej kilka lat temu zasadzie, że nie jeżdżą na projekty poza Warszawę, dziś potulnie kursują kilka razy w tygodniu pod Wrocław. Ci, którzy wyjechali do Irlandii, zastanawiają się dziś, czy nie udałoby im się zdobyć pracy w Szwajcarii czy Skandynawii - teraz, póki reszta się nie zorientowała, że za chwilę Irlandia pod względem możliwości zatrudnienia będzie pustynią.

O TAI CHI I OKOLICACH

Cóż będziemy robić w czasach kryzysu? Uprawiam tai chi kilka razy w tygodniu od 7 lat. Pozwala zachować mi spokój i utrzymuje w dobrej formie - zwłaszcza gdy trzeba kilka godzin jechać samochodem lub siedzieć przed komputerem - choć dorosła już córka śmieje się, że to taka gimnastyka geriatryczna. Ostatnio marzą mi się skoki spadochronowe i powrót do jazdy konnej, tak chociaż ze dwa razy w tygodniu. Kryzys to nie jest dobry moment na zmianę pracy - w nowej pracy będą mieli jeszcze mniej skrupułów, aby nas zwolnić - więc może teraz będzie właśnie dobry czas na odnowienie tych nie uprawianych przez lata hobby?


TOP 200