Czeka nas dużo pracy

Z Włodzimierzem Marcińskim, I radcą w Przedstawicielstwie RP przy Unii Europejskiej w Brukseli, rozmawia Andrzej Gontarz.

Z Włodzimierzem Marcińskim, I radcą w Przedstawicielstwie RP przy Unii Europejskiej w Brukseli, rozmawia Andrzej Gontarz.

W ubiegłym roku w krajach Unii Europejskiej osłabło tempo rozwoju elektronicznego rządu. Usługi online nie są już tak intensywnie udostępniane jak wcześniej. Jaka jest, Pana zdaniem, tego przyczyna?

W krajach Unii Europejskiej nastąpiło już duże nasycenie zarówno usługami e-government, jak i infrastrukturą teleinformatyczną. W takiej sytuacji trudno o zachowanie wcześniejszej dynamiki rozwoju. Co ważniejsze, brzegowy poziom nasycenia osiągnęło już także zainteresowanie ze strony obywateli dla technik informacyjnych. Na przykład w Belgii nie obserwuje się ostatnio większej dynamiki przyrostu podłączeń do Internetu. Rząd zastanawia się teraz, jak dotrzeć do tych, którzy komputera nie mają i nigdy zapewne mieć go nie będą. Szuka się nowych sposobów dostępu z przekazem do tych grup ludzi. W poważny sposób myśli się o wykorzystaniu do tego celu telewizji cyfrowej.

Czy w związku z tym w Unii Europejskiej zauważalna jest generalna zmiana nastawienia do założeń e-government? Czy zmienia się podejście do wykorzystania technik informacyjnych w administracji?

Nie, nic takiego nie widać, chociaż niektórzy twierdzą, że tak jest. Strategia Lizbońska jest nadal najważniejszym dokumentem w tym zakresie, wyznaczającym podstawowe cele i zadania do realizacji. To nadal, jeżeli można tak powiedzieć, unijny sztandar w tej dziedzinie.

Robiona była niedawno analiza sytuacyjna realizacji założeń planu eEurope 2005. W opublikowanym przy tej okazji raporcie nie znalazły się żadne stwierdzenia, które mogłyby sugerować, że należy w jakiś istotny sposób zweryfikować cele eEurope 2005. Nie pojawiły się też żadne nowe technologie czy rozwiązania, które nakazywały spojrzeć w nowy sposób na ideę elektronicznego rządu. Mówi się raczej o tym, że należy konsekwentnie realizować dotychczasowe ustalenia.

Potrzebna jest tu systematyczna praca, praca i jeszcze raz praca.

Nie widać też żadnego, znaczącego przesunięcia akcentów?

Obecnie jest duże wsparcie dla rozwoju szerokopasmowego dostępu do Internetu (broadband). Tu nie chodzi tylko o stworzenie samej infrastruktury technicznej.

Czeka nas dużo pracy

Włodzimierz Marciński

Szerokopasmowe łącza traktowane są raczej jako koło zamachowe rozwoju usług sieciowych. Myśli się o uruchomieniu całego procesu wzajemnie na siebie oddziałujących czynników. Jeżeli będzie dobry dostęp do Internetu, to firmy zechcą zainwestować w treści, jeżeli będą dobre treści, to ludzie będą zainteresowani korzystaniem z Internetu, jeżeli coraz więcej osób będzie korzystać z sieci, to zwiększy się zapotrzebowanie na usługi i rozwój infrastruktury, co w konsekwencji przełoży się na stymulację nowych procesów cywilizacyjnych.

Zauważalna jest tendencja do weryfikowania w istotny sposób strategii narodowych w poszczególnych państwach. Na przykład rząd niemiecki przygotował nowy program rozwoju D21. To dobry przykład porozumienia rządu, firm prywatnych, instytucji samorządowych, wszystkich aktorów rynku i sfery publicznej na rzecz rozwoju społeczeństwa informacyjnego. Kanclerz zwołał spotkanie najważniejszych szefów rządowych resortów, przedstawicieli największych firm informatycznych, nauki, operatorów telekomunikacyjnych itp. Wspólnie zastanawiali się, co mogą zrobić dla rozwoju Niemiec.

Taki rodzaj publicznej debaty?

Tu nie chodziło tylko o dyskusję, o zaprezentowanie swoich poglądów. Każdy miał powiedzieć, co reprezentowana przez niego instytucja czy firma może dać od siebie, jaki własny wkład może wnieść w realizację programu.

W Portugalii prowadzona jest zakrojona na szeroką skalę akcja na rzecz środowisk akademickich. Naukowcy i studenci otrzymują dofinansowanie na zakup notebooków, w bezprzewodowe sieci Wi-Fi wyposażane są całe kampusy uczelniane. Przedsięwzięcie jest finansowane ze środków publicznych. Rząd zachęca jednak do wspierania działań również przez firmy czy osoby prywatne. W telewizji jest prowadzona specjalna akcja reklamowa, która ma przekonać mieszkańców, że inwestowanie w naukę i edukację jest sprawą wszystkich obywateli.

W Belgii bardzo zaawansowany jest rozwój infrastruktury szerokopasmowego dostępu do Internetu. Można powiedzieć, że do każdego domu już dochodzi światłowód. Działania te są subsydiowane przez rząd, a ich głównym wykonawcą jest operator narodowy.

To już daje duże możliwości dostępu do rozrywki w sieci.

Flamandowie wykonali dokładną analizę sposobów wykorzystania szerokopasmowego dostępu do Internetu. Okazało się, że 70% całego ruchu zajmuje rozrywka, 10% - poczta elektroniczna, kolejne 10% - korzystanie z webowych serwisów informacyjnych. W pozostałej część znalazły się razem usługi e-government, e-commerce i inne rzeczy. Co ważniejsze, okazało się, że wśród treści rozrywkowych 90% stanowi ściąganie muzyki i filmów, czyli w gruncie rzeczy działalność nie zawsze legalna. Wyniki te wywołały duże zamieszanie.

Nie jest to korzystne dla osób z kół rządowych popierających rozwój infrastruktury szerokodostępowej. Teraz trzeba pewne rzeczy przemyśleć na nowo, uzgodnić, ustalić nowe założenia i sposoby działania, a przede wszystkim zwiększyć podaż usług i treści. Generalnie jednak widać, że odwrotu od rozwoju szerokopasmowego dostępu do Internetu nie ma, nikt nie proponuje innej alternatywy.

Nie wiadomo ile czasu w rozmowach telefonicznych poświęcone jest plotkowaniu, trudno jednak chyba by było traktować to jako poważny argument na rzecz wstrzymania inwestycji w infrastrukturę telekomunikacyjną np. na obszarach słabo zurbanizowanych. A czego Unia Europejska oczekuje w tej chwili od Polski?

Najbardziej oczekiwane jest uchwalenie Prawa telekomunikacyjnego. W Komisji Europejskiej uważnie obserwowane są postępy prac w tej dziedzinie. Nie mamy tutaj okresu przejściowego, od 1 maja musi wejść w życie cały pakiet regulacji dotyczących telekomunikacji.

Wszystkie kraje Unii mają przygotować strategie rozwoju szerokopasmowego dostępu do Internetu. Polska ma taki dokument, jako jedyny kraj przystępujący do Unii.

Generalnie w Brukseli jest oczekiwanie, że będziemy się aktywnie włączać w prace unijnych agend i instytucji, brać czynny udział w realizacji wspólnych programów i projektów. Musimy do tego, co się dzieje w Unii, dołożyć własną myśl, własne pomysły, własne możliwości.

Czy Unia Europejska zamierza kontrolować postęp prac związanych z rozwojem społeczeństwa informacyjnego czy elektronicznego rządu w naszym kraju?

Nie. Jeżeli będą jakieś sprawdziany, to w ramach ogólnego systemu monitorowania rozwoju sytuacji we wszystkich krajach członkowskich. Planuje się, że będzie się to odbywać w ramach specjalnego programu MODINIS.

Mamy otwarte drzwi do wszystkiego, co się będzie działo w Unii. Od nas w dużej mierze zależy, jak będziemy potrafili to wykorzystać. Potrzebujemy teraz ludzi, którzy będą w stanie sprostać intelektualnie pojawiającym się wyzwaniom i możliwościom. Potrzebujemy także sprawnych mechanizmów, które pozwolą na przełożenie unijnego potencjału na konkretne działania w kraju.

Musimy uświadomić sobie, że jesteśmy już członkami szerszego organizmu i nie możemy podejmować decyzji tylko w zaciszu własnych gabinetów. Konkluzje przyjęte przez Radę Unii Europejskiej muszą znaleźć odzwierciedlenie w decyzjach rządów poszczególnych krajów. Unia Europejska nie wyznacza swoim członkom konkretnych zadań ani nie określa sposobów ich realizacji. Wskazuje raczej kierunki działania, daje ogólne wskazówki, określa cele do osiągnięcia. Od wyborów i możliwości państw zależy, jak one będą zrealizowane. Każdy kraj rozstrzyga te kwestie na swój sposób. To, czy na przykład będzie stawiał na rozwój infrastruktury kablowej, czy na rozwiązania mobilne, ma znaczenie drugoplanowe. Ważne, aby był zapewniony dostęp do sieci w miejscach do tej pory zapóźnionych cywilizacyjnie.

Czy tzw. cyfrowy podział (digital divide) jest dużym problemem w Unii Europejskiej?

Zjawisko to ma dwa aspekty. Pierwszy jest związany z brakiem odpowiedniej infrastruktury telekomunikacyjnej, regionami gorzej zagospodarowanymi. Drugi, nie mniej ważny, wynika z przesłanek społecznych. Dotyczy osób niepełnosprawnych, ubogich, bezrobotnych, które nie mogą sobie pozwolić na komputer, oraz osób starszych, które mają opory przed korzystaniem z nowych technik. Tutaj są potrzebne specjalne działania, np. edukacja, powszechne punkty dostępu do Internetu. Być może trzeba będzie zweryfikować założenia dotyczące tych ostatnich, bo przecież ludzie ubodzy mieszkają także w dużych aglomeracjach miejskich. Przejawem polskiej wrażliwości, może akcji zainicjowanej już w ramach Unii Europejskiej, mogłyby być działania na rzecz bezrobotnych i ich rodzin. Czy pracownie internetowe w szkołach osiedlowych nie mogłyby wieczorami oferować specjalnych zajęć kierowanych do tej grupy osób?

Jakie mamy szanse na wykorzystanie funduszy strukturalnych do celów związanych z informatyzacją kraju.

Technologie informacyjne zajmują ważne miejsce w ramach funduszy strukturalnych. Nie możemy jednak czekać. Już teraz trzeba przygotowywać projekty, rozpowszechniać o nich jak najszerzej informacje, docierać z nimi do jak największej liczby unijnych instytucji. Warto skorzystać z doświadczeń Hiszpanów, którzy uchodzą za mistrzów w pozyskiwaniu unijnych środków. Składać, składać, składać i jeszcze raz składać jak największą liczbę wniosków. W przypadku Hiszpanii taki sposób postępowania jest bardzo skuteczny. Musimy jednak już dzisiaj mieć konkretne wnioski i projekty, a nie tylko mówić o potrzebie ich tworzenia. Nie wszystko i nie od razu uda się załatwić. Musimy się uczyć, aby jak najszybciej stać się, że użyję tego słowa, "użytkownikiem" Unii Europejskiej.


TOP 200