CW 10 lat: Najpierw nauczyciele, potem komputery

Z profesorem Maciejem M. Sysło z Uniwersytetu Wrocławskiego rozmawia Przemysław Gamdzyk.

Z profesorem Maciejem M. Sysło z Uniwersytetu Wrocławskiego rozmawia Przemysław Gamdzyk.

Jesteśmy świadkami niezwykłego wręcz pędu do wprowadzania komputerów do szkół. Czy polską szkołę, wobec mizerności zasobów Ministerstwa Edukacji Narodowej, rzeczywiście stać na wyposażanie szkół w pracownie komputerowe? Czy szkole naprawdę potrzebny jest Internet?

To są źle sformułowane pytania. Komputery i Internet stają się integralną częścią niemal każdej sfery działalności człowieka. Czy z edukacji mamy zrobić pozbawioną ich enklawę? Tylko dlatego że są drogie i nie wypracowano dobrych metod ich wykorzystania? Nawet bez starań MEN trafiają one do szkół. Z roli urządzenia wspomagającego człowieka stają się nieodłącznymi elementami, bez których nie są możliwe działania w społeczeństwie i życiu osobistym. A zatem do wypełnienia swoich obowiązków wobec uczniów i ich rodziców, którzy dopominają się odpowiedniego kształcenia, szkoła powinna udostępniać uczniom najnowszą technologię informacyjną i

przygotowywać ich do jej wykorzystania.

Na komputeryzację i podłączenie do Internetu szkół wydano już kilkaset milionów złotych. A sprzęt i oprogramowanie tak szybko się dezaktualizują. Czy wobec tego kilkaset milionów złotych jest rzeczywiście trafioną inwestycją?

Co nam przyniósł ten wysiłek finansowy? Działania MEN, a obecnie również Sejmu i rządu, nie są niestety w pełni zaplanowaną akcją. Najpierw wyposażono w komputery i Internet co najmniej jedną szkołę w każdej gminie, a w przyszłym roku będą wyposażone w nie wszystkie gimnazja. Z przygotowaniem nauczycieli natomiast jest gorzej.

To miała być sprzedaż wiązana na zasadzie "my (MEN) - komputery, a wy (szkoły, gminy) - przygotowanie nauczycieli"...

W sytuacji, w której w przyszłym roku i tak wszystkie gimnazja otrzymają pracownie, nie zdaje to egzaminu. Gminy nie dotrzymują więc zobowiązań i nie wysyłają nauczycieli na szkolenia.

Pozycja "kupno komputerów" jest najłatwiejsza do wypełnienia, ponieważ na to potrzebne są jedynie pieniądze. Nie można jednak kupić przygotowanych nauczycieli, podobnie jak modyfikacji w programach, podręcznikach i sposobach nauczania. Do tego są potrzebne głębsze zmiany w świadomości nauczycieli i autorów pomocy dla szkół. Reasumując, nie ma programu działań, w którym zostałyby uwzględnione wszystkie czynniki, od których zależy powodzenie komputeryzacji szkół i edukacji. Czyli jak zwykle najpierw kupuje się sprzęt, a potem myśli jak go wykorzystać. Grozi nam więc sytuacja, w której komputery rzeczywiście będą szybciej się starzeć

niż nauczyciele i szkoły będą w stanie z nich korzystać z pożytkiem dla uczniów.

Najpierw należałoby dokładnie policzyć: uczniów, szkoły, nauczycieli, czas, a także możliwości finansowe i szkoleniowe. Dopiero na tej podstawie określić program działania na najbliższe lata. Brytyjczycy, na których osiągnięcia w zakresie edukacji technologii informacyjnych wszyscy patrzą z zazdrością, oszacowali np. że do 2002 r. przeszkolą wszystkich nauczycieli. W tym celu uruchomiono najpierw loterię państwową, która przyniosła 270 mln funtów, a później powołano 182 ośrodki szkolące nauczycieli. Nie próbujmy im dorównywać, tylko przeprowadźmy to we własnym tempie, wykonalnym w naszych warunkach.

Czy to są najważniejsze, Pana zdaniem, grzechy polskiej edukacji informatycznej w szkołach? Co moglibyśmy robić lepiej?

Na kongresie "Komputer w Edukacji" (Birmingham, 1995 r.) stwierdzono, że kraje rozwijające się będą szły tą samą drogą, jaką mają już za sobą państwa zachodnie. Na początku, gdy w szkołach jest niewiele komputerów i brakuje kadry, to zajęcia są "o komputerach" (uczą się ich wszyscy: uczniowie i nauczyciele), a dopiero później te komputery są wykorzystywane w konkretnym celu. Po pewnym czasie pojawia się metodyka, a z nią odpowiednio przygotowane materiały edukacyjne. Tak było i u nas. Teraz, dysponując doświadczeniami innych i swoimi, wydaje się, iż możemy uniknąć wielu błędów. Ale można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście tak się stanie.

Nie popadajmy w przesadę, wysoko oceniając stopień zinformatyzowania polskich szkół. Rozważmy przykład gimnazjum wyposażonego w pracownię internetową złożoną z 10 komputerów, do której uczęszcza 500 uczniów (szkoła średniej wielkości). Zakładając optymistycznie, że pracownia jest otwarta 10 godz. dziennie, 5 dni w tygodniu, to każdy uczeń ma dostęp do komputera przez jedną godzinę! W takiej sytuacji komputeryzacja edukacji staje się namiastką.

Czy nauczyciele w realiach polskiej szkoły potrafią wykorzystać komputer nie jako medium samo w sobie, ale pomoc w nauczaniu innych przedmiotów?

Nauczanie informatyki często jest kojarzone z nauczaniem przedmiotu będącego szkolną wersją naukowej dziedziny informatyki i ograniczane tylko do tego. I to jest niewłaściwe. Brakuje głębszego zintegrowania technologii informacyjnej i jej metod z innymi dziedzinami nauczania

- i to niemal w każdym aspekcie: programach nauczania, podręcznikach i metodyce nauczania oraz przygotowaniu nauczycieli.

A Internet?

Internet to tylko medium, groźne jednak, gdy próbuje się uczynić z niego główne narzędzie edukacji, napęd dla edukacji. Do Internetu odnosi się to samo zastrzeżenie, co do komputerów.

Powinien on stać się częścią dziedziny nauczania, a nie tylko dodatkiem lub - jeszcze gorzej - głównym źródłem informacji i wiedzy.

Pod adresem Internetu sformułowano już wiele krytycznych uwag: "smog informacyjny" (R. Tadeusiewicz), "odpowiedź na pytanie, które nie zostało postawione" (S. Lem), "śmietnik informacyjny" (powszechne), "znajdujemy tylko to, co znamy" (oczywiste) itd. Internet nie jest bynajmniej medium szybkiego znajdowania informacji. Obserwując mojego syna, widzę, że gdy chce on coś szybko znaleźć, otwiera papierową encyklopedię. Po jej multimedialną wersję lub do Internetu sięga wtedy, gdy potrzebuje coś skopiować. W wielu przypadkach Internet proponuje namiastkę muzyki, obrazu, książki, twórczości, rozmowy czy korespondencji.

Brakuje natomiast wyważonej edukacyjnej propozycji korzystania z możliwości Internetu, która brałaby pod uwagę wszystkie aspekty kulturowe. Panuje entuzjazm, pobudzany zwłaszcza przez "beneficjantów Internetu".

A co z politykami? Czy wprowadzanie Internetu (komputerów) do szkół nie stało się hasłem, dzięki któremu chcą podbudować swój image?

Ależ tak! Lecz nie tylko dla naszych polityków - wystarczy spojrzeć na państwa grupy G-8. Czy to jednak zła rzecz? Rola polityków może być olbrzymia i doniosła dla edukacji. Najlepsze przykłady z najwyższych sfer to premier Tony Blair - on ogłosił w Wielkiej Brytanii National Grid for Learning, czy Al Gore z wizją budowy infostrad w USA.

Polskie szkoły tylko zyskałyby, gdyby premier, prezydent lub kandydat na prezydenta miał swój program "komputeryzacji edukacji". Ale nie tylko na pokaz kilka haseł - to mają wszyscy. Niestety, nasz prezydent tylko raz demonstracyjnie przekazał kilka komputerów do szkół, a premier - nie pamiętam, by kiedykolwiek mówił cokolwiek na ten temat i deklarował działania swojego rządu. MEN z kolei ma własne pomysły na edukację informatyczną i niechętnie słucha opinii specjalistów. Godna podziwu jest działalność pani poseł Grażyny Staniszewskiej, osamotnionej w tym gronie polityków.


TOP 200