iKlasa

Od dramatycznej decyzji, jaką podjął Steve Jobs, rezygnując z bieżącego kierowania firmą Apple, minęło już kilka tygodni i widać, że potraktowano ją jak każdą chwilową sensację, która szybko musi ustąpić miejsca następnym. Też dotyczącym szczytów korporacyjnych władz.

Chociaż niektóre komentarze brzmiały jak nekrologi, to prawie wszyscy zgodzili się, że na razie wszystko w Apple pozostanie jak było, a jak będzie, to zobaczymy, bo niby skąd mamy wiedzieć i rzucili się z lubością na kolejną sensację, jaką było zwolnienie szefowej Yahoo. Przeprowadzone zresztą w stylu, którego wstyd byłoby użyć nawet wobec najbardziej szeregowego pracownika, zatrudnionego na ćwierć etatu. Rzec można jednak - trafił swój na swego, bo i ona nie pozostała dłużna, wysyłając wiadomość o wszystkim do całej załogi, a w wypowiedzi dla prasy, wyrażając się o niedawnych kolegach z zarządu w słowach nie tylko nader niewybrednych, ale wręcz bardzo mocnych i nieparlamentarnych.

Po drodze przedmiotem uwagi był przez chwilę szef firmy HP, która zrezygnowała ponoć z produkcji i sprzedaży, nie wiem nawet, czy to już tabletów, czy jeszcze mądrych telefonów, rzucając remanentowe resztki do sprzedaży po cenach tak niskich, że tu i tam przed otwarciem sklepów ustawiły się kolejki klientów. Szefowi temu wymawia się, że pochodząc z firmy oprogramowania (SAP), lekceważy stronę sprzętową i dlatego prowadzi HP ku rezygnacji z produkcji już nie tylko wspomnianych tabletofonów, ale również komputerów osobistych (w których do czasu połączenia z Compaq - HP nie był zbyt mocny), a może nawet i sztandarowego wyrobu, jakim są drukarki.

W krążących pośród ludu opowieściach duże wzięcie miały zawsze historie, w których w sporne szranki, zamiast mało tym zainteresowanych narodów, stawali by sami władcy. I oczekiwania ludu poniekąd się ziściły, bo po takie właśnie rozwiązanie sięgnął amerykański sędzia, mający rozstrzygnąć jeden z licznych sporów na linii Oracle - Google. Otóż sędzia ten zarządził, aby w wyznaczonym krótkim terminie do dyskursu w tej sprawie stanęły nie zastępy prawników obu firm, lecz osobiście jej najwyżsi szefowie, których łączy chyba tylko jedno - noszą to samo imię: Larry. Notabene starszy z nich dwóch przyjął pod swe skrzydła poprzednika wspomnianego szefa HP, który to poprzednik stracił zajęcie, bo zapłacił ponoć firmowymi środkami za obiad z jakąś dziewczyną, a co wszyscy odebrali jako pretekst, a nie właściwą przyczynę.

Wracając jednak do firmy Apple i jej do niedawna szefa - jego rezygnacja podjęta została z klasą i stylem, na jaki stać tylko nielicznych. Chociaż podobno szefem nie był łatwym, bo potrafił ingerować w drobiazgi i pilnować ich realizacji, tak jak gdyby od nich wszystko zależało, ale tego właśnie wynikiem był, uzasadniony czy nie, ale jednak nimb doskonałości kolejnych przebojów rynkowych jego firmy.

Ukształtowała się z tego jakby architektura odwróconej ruskiej matrioszki: najpierw był najmniejszy z trójki iPod, stacje dokujące, które umieszcza się dziś wszędzie, nawet na drzwiach lodówek. Potem przyszedł iPhone, który przedmiotem kultu stał się na długo przed pojawieniem się w sprzedaży. Cykl zamknął (na razie) największy z tej trójki - iPad - a po drodze był jeszcze sklep internetowy iTunes, który pokazał branży nagraniowej, jak ważną w niej rolę pełni godziwa cena. Świadomie pomijam w tej swoistej architekturze komputery osobiste Apple, bo one były wcześniej i nie całkiem tu pasują - po prostu to miejsce czeka na coś innego.

Prawdziwą jednak klasą, czego jakoś nikt nie zauważył, błysnął namaszczony przez Jobsa jego następca Tim Cook. W jego komunikacie do załogi nie ma ani słowa o biznesie, zadaniach, zyskach czy do cna już zużytych, a właśnie przy takich okazjach powtarzanych, słów o "dalszym budowaniu i wzmacnianiu przewagi konkurencyjnej".

Jest za to mowa o wspólnej dumie z firmy, w której przyszło nam pracować, stosunku do niej ("I love Apple"), o przekonaniu, że "najlepsze ciągle przed nami" i o konieczności utrzymania charakteru miejsca magicznego, jakim jest Apple.

Jednym słowem: iKlasa.


TOP 200