Życie turysty

W Polsce już lato. Sezon urlopowy na półkuli północnej znowu rzuci miliony turystów w najdziwniejsze zakątki świata. Turysta to ktoś, na kim z definicji zarabia się pieniądze.

W Polsce już lato. Sezon urlopowy na półkuli północnej znowu rzuci miliony turystów w najdziwniejsze zakątki świata. Turysta to ktoś, na kim z definicji zarabia się pieniądze.

Wyjeżdżając na urlop, zdążyliśmy się już do tego przyzwyczaić, choć zapewne za każdym razem, kiedy przychodzi nam na wakacjach sięgać do kieszeni, zadajemy sobie pytanie: "Czemu znowu tak drogo?"

Doskonałą odpowiedź dał nam ostatnio kierowca miejskiego mikrobusu w Denpasar. Kiedy już pakowaliśmy się z naszymi plecakami do samochodu, ten bez zmrużenia oka poinformował nas, że przejazd kosztuje 3000 rupii, czyli jedyne 6 razy tyle co oficjalna cena. Próby odwoływania się do cennika, zdrowego rozsądku czy wreszcie zwykłej uczciwości spełzły na niczym, gdy ten całe nasze wysiłki zapłacenia oficjalnych 500 rupii skwitował: "Jesteście bogaci, musicie więc płacić".

W Azji każdy biały (lub Japończyk) jest turystą z definicji. No i jest bogaty. Też z definicji. Regułę tę stosują zresztą nie tylko Azjaci. Doskonałe jej zastosowanie znaleźli sklepikarze w Queenstown, jednym z najliczniej odwiedzanych miast Nowej Zelandii. Wszystkie towary w sklepach spożywczych i supermarketach, czyli tam, gdzie człowiek normalnie oczekiwałby ich najniższych cen, były dwu-, a nawet i trzykrotnie wyższe od średniej krajowej. Są oczywiście specjalne karty rabatowe, które redukują tę horrendalną górkę do normalnego poziomu. Szkopuł w tym, że posiadaczami tych kart mogą zostać... tylko mieszkańcy Queenstown. Ot, taki cywilizowany sposób na odróżnienie swego od turysty.

Zazwyczaj jest tak, że jeśli gdzieś spada liczba przybywających tam turystów, to w ślad za tym spadają i ceny. Niby logiczne, ale tylko tam, gdzie jest dobrze rozwinięta baza turystyczna. Jesteśmy w centralnym Flores. Główną atrakcją są tutaj trzy kolorowe jeziora, utworzone w powulkanicznych kraterach. O czwartej nad ranem z wioski położonej u stóp wulkanu ruszają samochody, aby dowieźć na szczyt turystów spragnionych widoku wschodu słońca. Jeszcze parę tygodni temu cena za przejazd wynosiła 10 000 rupii od osoby, ale kiedy przychodzi nam do płacenia, okazuje się, że jest już 15 000. Właścicielka hotelu z uśmiechem na twarzy tłumaczy: "Kiedyś było więcej turystów, a teraz sami widzicie, nie ma prawie nikogo".

Mogłoby się wydawać, że próbują uniknąć transportu poniżej swoich kosztów. Ale nic takiego nie ma tutaj miejsca. Już tylko jeden pasażer opłaca wszystkie koszty, a sześcioosobowa grupa, z którą udajemy się na szczyt, przynosi w godzinę dochód równy 1/10 średniej miesięcznej pensji.

Internet także nie stroni od turystów i sposobów wyciągania pieniędzy z ich kieszeni. Przed wyjazdem w podróż, jak każdy porządny turysta, postanowiłem zakupić przewodnik. Bez większego namysłu, nauczony reguł e-handlowania, odwiedziłem stronę domową uznanego wydawnictwa podróżniczego, gdzie oczywiście znalazłem e-sklepik, a w nim poszukiwaną książkę. Już byłem gotów płacić, kiedy coś mnie tknęło, by zajrzeć do któregoś z gigantów e-handlowania książkami. I co?

Nie dość, że koszty wysyłki były niższe, to i książka była u pośrednika o 20% tańsza. Sprawdzałem na wszystkie sposoby, czy magiczne 19,99 USD nie jest obwarowane klauzulami. Ale jedyne, co znalazłem, to to, że gdybym kupił jeszcze dwa inne przewodniki, to dostałbym kolejne parę procent zniżki.

I jak tu wierzyć prorokom e-gospodarki, że skraca się droga od producenta do klienta. Zresztą może i się skraca, tylko dlaczego nie tanieje?

Indonezja-Flores, Bajawa, 31 maja 2001 r.


TOP 200