Życie konsumenta

Ameryka jest inna od Europy i inna od reszty świata. Każdy z nas to wie, zanim tutaj przyjedzie. Ale z każdym dniem pobytu człowiek odkrywa nowe oblicza tej inności.

Ameryka jest inna od Europy i inna od reszty świata. Każdy z nas to wie, zanim tutaj przyjedzie. Ale z każdym dniem pobytu człowiek odkrywa nowe oblicza tej inności.

I - przynajmniej dla mnie - odkrywanie to przynosi mniej dezaprobaty, a więcej podziwu. W Ameryce każdy myśli, jak coś komuś sprzedać. Od pierwszych dni pobytu prześladuje nas kuponowa obsesja. Wybieramy się zobaczyć Universal Studio i dostajemy od znajomych kupon oferujący 20-proc. zniżkę. Zamierzamy zrobić zakupy i zostajemy zaopatrzeni w całą rozkładówkę gazety, która jest jednym wielkim kuponem rabatowym. Chcemy wywołać filmy i od razu nasi przyjaciele rzucają się do gazety w poszukiwaniu kuponowej oferty. Kogokolwiek odwiedzamy w Stanach, każdy trzyma w pogotowiu stertę odpowiednich kuponów.

Na przecenie kupuje się tutaj wszystko. Dosłownie wszystko. A jeśli w ciągu tygodnia od dnia zakupu cena towaru spadnie jeszcze niżej, to mamy prawo do zwrotu różnicy. A gdy towar nam się nie podoba, to w ciągu trzech miesięcy możemy go po prostu oddać. Kupowanie jest więc tutaj błahostką. A do tego wszystkiego dochodzi wielkie poczucie prawa i odpowiedzialności za oferowany produkt czy usługę.

Kupujemy wino. Jedna z kalifornijskich marek jest akurat przeceniona. Podchodzimy do kasy i ze zdziwieniem patrzymy jak na wyświetlaczu pojawia się regularna cena. Kasjerka tłumaczy, że owszem wina tej marki są przecenione, tylko że innego gatunku. Ale ona jeszcze poprosi menedżera o sprawdzenie. Ten idzie do półek, wraca i potwierdza diagnozę kasjerki. Ale jednocześnie przeprasza nas, bo etykieta z przeceną była zawieszona nie na swoim miejscu i przesłaniała cenę wybranego przez nas wina, co mogło sugerować, że i ono jest przecenione. Koniec końców stwierdza, że wino należy się nam po obniżonej cenie. Jest dla niego oczywiste, że skoro wprowadzili nas w błąd, to muszą za to zapłacić.

Innym razem idziemy odebrać wywołane zdjęcia. Ekspedient szuka, szuka i znaleźć ich nie może. W końcu się poddaje. Przeprasza nas i prosi o ponowne przyjście jutro. Od razu też dodaje, że nic nie będziemy za nie płacić. Jest dla niego oczywiste, że skoro miały być na dzisiaj, a nie są, to znaczy, że to oni muszą za to zapłacić, a nie my.

Gdy obcuję na co dzień z całym tym światem konsumenckich praw i widzę, jak każdy klient i każdy sprzedawca są świadomi ich istnienia, to przestaję się dziwić, że kupowanie przez Internet jest tutaj tak popularne. Tutaj nie ma obawy o gwarancję i jakość towaru, o działanie sprzeczne z prawem, o próbę naciągnięcia klienta na parę centów. Z tej perspektywy e-sklepy nie wnoszą żadnych nowych zagrożeń. Są po prostu kolejnym, wspaniałym udogodnieniem. A Amerykanie lubią wygodę.

Przyjaciel, który mieszka od paru lat w USA, mówi, że do tych wszystkich udogodnień już przywykł, a teraz przyzwyczaja się do procesów sądowych. Bierze już udział w kilku. "Ostatnio nawet jeden wygrałem" - śmieje się i opowiada, jak to firma prawnicza wystąpiła w imieniu klientów przeciwko jednej z telewizji kablowych. Zaskarżono sposób naliczania kar za nieterminowe opłaty abonamentu. Procesu oczywiście nie było, bo zawarto ugodę. A przyjaciel o całej sprawie dowiedział się z ulotki, informującej klientów wielką czcionką, że jako rekompensatę potencjalnych krzywd otrzymują prawo bezpłatnego obejrzenia dwóch filmów. A firma prawnicza, co było już doda- ne małą czcionka u dołu ulotki, otrzymuje zwrot kosztów w wysokości... 1,8 mln USD. To się nazywa ochrona konsumentów!

Stany Zjednoczone, Salt Lake City, 31 sierpnia 2001 r.