Zrozumieć dziennikarza

Szef czy właściciel firmy już na początku jej działania musi się zdecydować, czy budując jej wizerunek na rynku będzie eksponował zarządzające nią osoby czy markę produktów.

Szef czy właściciel firmy już na początku jej działania musi się zdecydować, czy budując jej wizerunek na rynku będzie eksponował zarządzające nią osoby czy markę produktów.

Kilka lat temu, kiedy powstał Softbank, troszczyliśmy się przede wszystkim o to, żeby mieć tożsamość odróżniającą nas od konkurencji. Silna tożsamość pełniła również rolę argumentu przy zatrudnianiu pracowników. Chodziło o to, aby najlepsi chcieli pracować u nas, mimo że mogliby zatrudnić się w renomowanych, stabilnych już firmach. Poza tym musieliśmy tak działać, aby ktoś się o nas w ogóle dowiedział. Jesteśmy firmą wysoko wyspecjalizowaną i popularne metody promocji nie są w naszym przypadku ani skuteczne, ani w ogóle możliwe.

Pierwszym naszym posunięciem było wyprodukowanie tysięcy naklejek i różnych gadżetów z nazwą Softbank. Następnym - zatrudnienie rzecznika prasowego już w pierwszym roku działalności. Spędziłem z nim wiele godzin na rozmowach zanim zrozumiałem, o jaką właściwie informację chodzi dziennikarzom, jaką mają motywację, kiedy warto spierać się z nimi a kiedy nie, jak mogą zinterpretować moje słowa. Zakceptowałem to, że nawet rzetelny i inteligentny dziennikarz może być dosyć umiarkowanie zainteresowany tym, co dla mnie jest pasjonujące i że to jest w porządku. Prowadzimy otwartą politykę informacyjną, niczego nie ukrywamy poza tajemnicami handlowymi. Od udzielania informacji jestem ja i rzecznik prasowy.

Na samym początku musieliśmy też odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: promować twórców i dyrektorów firmy, czy jej nazwę, czy może produkty. Zdecydowaliśmy, że pierwszeństwo ma nazwa firmy, potem produkty. Zarząd nie zamierza się eksponować.

Bez klubowego towarzystwa

Nie należę do klubów ani stowarzyszeń biznesowych czy menedżerskich. Nie pasjonuję się też specjalnie przyznawanymi przez nie tytułami czy miejscami w rankingach. Sądzę nawet, że są poniżej dobrego stylu. Nie z powodu szczególnych nadużyć w procedurze.

Wydaje mi się, że są one inwestycją w siebie, a nie w firmę. Jeśli ktoś chce budować firmę, to nie będzie miał ani czasu, ani energii, ani chęci na uczestniczenie w stowarzyszeniach. Jeśli zaś w firmie nie ma już wiele do zrobienia, natomiast chce zająć się polityką czy, ogólniej, dzialałnością publiczną, to zapewne kluby są dobrą drogą. Poza tym uważam, że nadmierne eksponowanie siebie nie jest dobrodziejstwem dla firmy. Jeśli szefowi coś przytrafi się, np. jakieś nadużycie czy podejrzenia o nie, to ucierpi na tym cała firma, nawet jeśli jest rzetelna.

Widzę jednak pewien pożytek w istnieniu stowarzyszeń i aktywności w nich szefów polskich firm. Umacniają przekonanie w naszym społeczeństwie i poza granicami kraju, przeświadczenie, że polskie firmy mogą być konkurencyjne w stosunku do zagranicznych, a ich szefowie bywają nietuzinkowymi osobowościami.

Zależy nam na dobrym wizerunku naszej firmy przede wszystkim w środowisku, dla którego pracujemy. Najskuteczniejsze w tym są osobiste kontakty, nie tylko z klientami, lecz z ludźmi, z otoczenia biznesu. Natomiast kontakty z politykami nie zawsze są korzystne.

Prowadzimy działalność charytatywną, ale nigdy nie wymieniamy, jaką i dla kogo, bowiem rozumiemy ją jako powinność obywatelską, a nie fragment biznesu.