Zmienne media elektroniczne

Po wyborach prezydenckich czeka nas debata o zmianach w mediach elektronicznych. Ten sektor od lat trwa w klinczu, którego rozsupłanie blokują politycy, a nie ułatwiają tego także interesy twórców.

Centralnym problemem sektora mediów są niezmiennie tzw. media publiczne. Nikt już nie pamięta o pierwotnych zamysłach prawa medialnego stworzonego dwie dekady temu, kiedy główną nadzieją było przełamanie monopolu informacyjnego państwowego Komitetu ds. Radia i Telewizji. Udało się wtedy: wprowadzić na rynek niezależnych nadawców radiowych i telewizyjnych, rozdzielić częstotliwości, umożliwić prywatnym operatorom budowę telewizji kablowych i udostępnić programy satelitarne.

Misja różnie rozumiana

Publiczna radiofonia i telewizja tracąc monopol na jedynie słuszną prawdę, utrzymała jednak parasol ochronny misyjności. Misja publiczna okazała się zaskakująco pojemną kategorią pojęciową. Całkowicie komercyjnym telewizjom zdarza się wprawdzie dosyć często produkować programy jednoznacznie misyjne, ale misyjność Telewizji Polskiej i Polskiego Radia jest zapisana w ustawie. To uzasadnia rezerwowanie częstotliwości, dotacje budżetowe, gromadzenie abonamentu, utrzymanie bardzo rozbudowanych zasobów organizacyjnych.

Dla twórców to okazja do korzystania z publicznych środków finansowych. To też płaszczyzna artystycznego istnienia, które w mediach publicznych jest dobrem limitowanym według kryteriów, które nie każdemu może być dane zrozumieć. Twórcy bronią więc z głębokim przekonaniem gwarancji dla "misji" mediów publicznych, w tym też anachronicznej koncepcji ściągania abonamentu od widzów i słuchaczy.

Politykom zaś "misja publiczna" kojarzy się przede wszystkim z polityką. Tym samym, niektórym zdarza się traktować złożony proces negocjowania i przejmowania władzy za pośrednictwem KRRiT jak walkę o łup. Władza w mediach zapewnia polityce partyjną interpretację. Dotyczy to bynajmniej nie tylko programów informacyjnych i publicystyki, ale też repertuaru teatru telewizji, czy nawet programów podróżniczych.

Mediów demokratyzowanie

Grupa prominentnych twórców walcząc w dobrej wierze o misję mediów publicznych, najwyraźniej nie docenia zwykłych instytucji legislacyjnych. Nadal wierząc w demokrację i własną twórczą omnipotencję, firmuje własny projekt ustawy. Trzeba przyznać, że artystycznej inwencji w tworzeniu instytucji państwa naszym twórcom nie brakuje, a projekt wciąż zmienia się i żyje. Do nadzorowania publicznej telewizji i radia wymyślono państwo w państwie. Jest to ustawa o mediach publicznych, czyli zastępuje ona ustawę o radiofonii i telewizji tylko w tym zakresie. Dla porządku można tylko przypomnieć, że Sejm w 2009 r. też podjął próbę przyjęcia ustawy o zadaniach publicznych w usługach medialnych, która nie znalazła jednak zrozumienia ani akceptacji zmarłego prezydenta.

Projekt twórców nie zakłada likwidacji KRRiT, co jest zresztą na razie niełatwe, bo to organ konstytucyjny. Zamiast tego przewiduje powołanie kilku innych organów, działających na wzór instytucji demokratycznych. Komitet Mediów Publicznych miałby być rodzajem dwuizbowego, specjalistycznego, pięćdziesięcioosobowego parlamentu, którego członków losowano by spośród 250-osobowej "izby niższej", nazywanej w projekcie "zasobem kadrowym".


TOP 200