Zdaniem Ken'a Olsena

Można człowieka oderwać od majsterkowania, ale nie można zniszczyć w nim "ducha" majsterkowicza. Twarz Kena Olsena promieniuje radością, gdy pokazuje nowe laboratorium do monitorowania środowiska. Wierci się jak chłopiec wybierający się na pierwszy w życiu mecz piłki nożnej.

Można człowieka oderwać od majsterkowania, ale nie można zniszczyć w nim "ducha" majsterkowicza. Twarz Kena Olsena promieniuje radością, gdy pokazuje nowe laboratorium do monitorowania środowiska. Wierci się jak chłopiec wybierający się na pierwszy w życiu mecz piłki nożnej.

Wiele się zmieniło od czasów pionierów komputeryzacji, Boba Everatta i Jaya Forstera, gdy Olsen był studentem, a później pracownikiem badawczym Massachusett Instytut of Technology.

Byłem szczęśliwy w MIT - wspomina Olsen - miałem wszystko, o czym marzyłem. Wymyślanie szybkich komputerów okazało się w istocie nie takie trudne. Wszystko robiliśmy na papierze. Nie przejmowaliśmy się tym, co robimy i nikt się nami nie przejmował. Pracowaliśmy za pieniądze wojskowe. Pod tym względem nic nie zmieniło się w MIT do dzisiaj.

Mieliśmy w MIT interakcyjny komputer. Coś jakby klasyczny PC - Whirlwind z 16-bitowym procesorem, pamięcią bębnową i katodowym ekranem. Wiele osób mówiło, że to model dla niezdolnych nieuków. Interakcyjny komputer budził wtedy zgorszenie. Były to czasy, gdy formułowało się zadania, ładowało do komputera i czekało na wydruk. Nikt nie śmiał maszyny dotykać. Była wyniosła, odległa, święta i nietykalna. Ludzie uważali, że rozmowa z nią to jakaś perwersja. My z kolei już wówczas przeczuwaliśmy, że potrzebne są maszyny szybkie, tanie, łatwe w użyciu, kontrolowane przez użytkownika, przyjazne i dające się łatwo podłączyć do peryferyjnych urządzeń. I tak właściwie zaczęła się nasza historia.

Digital Equipment Corp. powstała w 1957 r. Mówiono o nas, że jesteśmy przedsiębiorstwem hardwarowym. Nie protestowaliśmy, choć w istocie mieliśmy system operacyjny, a później na nim budowaliśmy hardware.

Przypinano nam też inną łatkę. W DEC - mówiono - pracują technologiczne cymbały, bez pojęcia o reklamie i zasadach marketingu. Ale program marketingowy także istniał. Każdy z z 33 wydziałów kierował swoje usługi do innej branży przemysłu. Jako cała firma siedzieliśmy jednak cicho i robili swoje.

W latach 70. okazało się jednak, że mamy za dużo platform. Trzeba było wybrać najlepszą architekturę i pozostać przy niej. Skoncentrowaliśmy się na VAX-ie, jednym systemie operacyjnym - VMS, i na jednej formule budowania sieci. Łatwiej było jednak rozrastać się niż kurczyć. Minęło kilka lat zanim nastał porządek. Pewni ludzie musieli odejść.

W lata 80. weszliśmy już z jasną strategią.

Teraz jednak wszystko znowu się zmieniło. Istnieje mnóstwo rozmaitych architektur. Nie możemy ich po prostu odrzucić. Istnieje także Unix, twórczy, niezdyscyplinowany, swobodny. Jego miejsce jest płynne i nieprzewidywalne. Tak wydaje się nam, przyzwyczajopnym do zdyscyplinowanych systemów IBM-a lub własnych DEC-owskich. Nie ma tu miejsca na kompromis, ale na szczęście wystarczy miejsca na świecie dla jednego i dla drugiego rozwiązania.

Wielu dziwi się też, że energicznie rozwijamy produkcję PC-tów. Mówi się, że to niby nie dla nas, że interes wprawdzie dobry, ale bądź co bądź detaliczny. Trzeba pobudować magazyny, robić remanenty, zapewniać masowy transport.

Początkowo w latach 70., gdy nastała moda na PC-ty, zdecydowaliśmy, że nie będziemy się tym zajmować. Każdy mógł wtedy kupić części i składać komputery osobiste.

Dziś jednak stacje robocze i PC-ty są dla nas także ważne. Okazało się bowiem, że niby każdy może wejść do tej branży, ale już nie każdy potrafi połączyć dobre części w dobrą całość.

Inna sprawa, że nie przewidzieliśmy jak się to wszystko potoczy. Zabrakło nam wyobraźni. Ale chyba nie tylko nam. Kto np. był w stanie przewidzieć, jak rozwinie się technologia dysków. Gdyby mi ktoś powiedział dwa lata temu, że będą one wyglądały tak jak wyglądają dziś, uznałbym, że to szaleniec. Zresztą tylko szaleniec może przewidzieć dziś, co będziemy robić za dwa miesiące.