Zawód czy powołanie...

Zawód informatyka z pewnością należy do wspomnianej w motto kategorii. Mimo ciągłych przemian i rosnącej popularności narzędzi informatycznych, nic nie traci ze swojego nimbu tajemniczości. Jest to, dla ludzi z branży, zarówno zdumiewające, jak i niezrozumiałe. Zdążyliśmy się już jednak do takiego stanu rzeczy przyzwyczaić, a także - choć może trudno się do tego przyznać - również polubić.

Zawód informatyka z pewnością należy do wspomnianej w motto kategorii. Mimo ciągłych przemian i rosnącej popularności narzędzi informatycznych, nic nie traci ze swojego nimbu tajemniczości. Jest to, dla ludzi z branży, zarówno zdumiewające, jak i niezrozumiałe. Zdążyliśmy się już jednak do takiego stanu rzeczy przyzwyczaić, a także - choć może trudno się do tego przyznać - również polubić.

Stan, domniemanej przynajmniej, wszechwiedzy tak nas pochłonął, że niewielu z nas potrafi bezboleśnie zaakceptować wyższość innego przedstawiciela gatunku homo informaticus. W razie wątpliwości proszę udać się do najbliższego sklepu komputerowego i udowodnić sprzedawcy, że wie się więcej od niego na temat np. skanerów albo kart grafiki. Taka postawa działa na nas jak czerwona płachta na byka. Najlepiej bowiem czujemy się w roli kapłanów nowoczesnych technologii, otoczonych tłumem wpatrzonych w nas wiernych, pragnących zgłębić tajniki wiedzy tajemnej.

Jedyni w swoim rodzaju

Sytuacja taka nie zaistniała przypadkowo. Informatyka, jako młoda i nieznana dziedzina, przyciągała charaktery burzliwe, żądne nowości i wciąż poszukujące. Analogie ze zdobywcami Dzikiego Zachodu, konkwistadorami czy podróżnikami-odkrywcami nasuwają się same. Trzon kadry informatycznej w naszym kraju wykształcił się w czasach, gdy na wyższych uczelniach dopiero planowano powołanie tego typu kierunków. Są wśród nas cybernetycy, elektronicy, historycy i totalni samoucy, przewyższający o kilka klas obecnych absolwentów kierunków informatycznych. Stosując wcześniejsze porównanie, są to konkwistadorzy postawieni obok współczesnych wczasowiczów, zwiedzających Andy na wycieczce z przewodnikiem z renomowanego biura podróży, wewnątrz klimatyzowanego autokaru wyposażonego w barek, toaletę, wideo... i tak dalej.

Przyjdzie oczywiście czas, gdy kompadres Corteza przeniosą się na łono Abrahama, a Andy zostaną pocięte sieciami autostrad, ale kilku nas jeszcze zostało i tak łatwo nie damy odebrać sobie steru.

Jeżeli moje porównania są zbyt zawiłe, to może dla odmiany przemówię językiem stricte informatycznym. Pamiętacie jeszcze Turbo Pascala, to porównajcie go z Delphi. Napisaliście kiedyś kilka linijek kodu w html, to porównajcie to z Front Page. Teraz jest łatwo, lekko i przyjemnie, ale czy końcowy produkt może się równać z ręcznie dopieszczonym algorytmem. Malowanie aplikacji nie jest rozwiązaniem złym, jeśli dysponuje się solidną podbudową i potrafi w każdym momencie ingerować ręcznie w kod źródłowy. A nasi młodzi następcy często uzależniają się całkowicie od możliwości używanego narzędzia. Mógłbym zadedykować im "Pianolę" Kurta Vonneguta, ale nie o tym ma być ten artykuł.

Naprawdę jedyni w swoim rodzaju

Snując rozważania na temat pracy informatyka, nie można nie zadać sobie pytania: "Kto to taki ten informatyk?" W potocznym rozumieniu tego słowa jest to człowiek zajmujący się komputerami. Coś jak mechanik samochodowy, tyle że naprawia komputery, a nie automobile. W języku angielskim ten zawód określa się jako computer expert. Czyli kto - ekspert od komputerów, nie żaden informatyk. Ten bowiem, jak sama nazwa wskazuje, specjalizuje się w zarządzaniu informacją, a że do tego niezbędne są komputery, to już zupełnie inna bajka. Ciekawostkę stanowi fakt, że wyższe uczelnie kształcąc tych computer experts wmawiają im, że uczą ich informatyki i nawet wypisują takie głupoty na dyplomach.

Jeden z "jedynych w swoim rodzaju", a do tego sam jedyny w swoim rodzaju, czyli Kuba Tatarkiewicz (znany mi wyłącznie, niestety, z łam Computerworlda) przedstawił kiedyś całkiem interesującą teorię na temat zmniejszenia prawdopodobieństwa ukończenia w terminie zlecenia proporcjonalnie do liczby osób zaangażowanych w przedsięwzięcie. Nie pamiętam już dokładnie, jak należy obliczyć współczynnik proporcjonalności, ale jest to kwestia techniczna. Mnie natomiast bardziej interesuje merytoryczne podłoże tego stanu rzeczy.

W końcu, przy właściwym podziale obowiązków, zwiększona liczba pracowników powinna poradzić sobie z danym problemem szybciej. Powinna. No i co z tego, że powinna, jeśli sobie nie radzi. W zdrowym układzie grupa realizująca zadanie ma lidera rozdzielającego zadania i koordynującego pracę zespołu. Jeśli problem jest złożony, to lider wyłania np. wiceliderów, a ci koordynują działania swoich grup. Do takiego układu niezbędne jest dobranie właściwych osób na właściwe stanowiska. Reasumując, do realizacji projektu potrzebny jest lider - obdarzony charyzmą i silną osobowością fachowiec, który pokieruje grupą, oraz grupa fachowców zdolnych słuchać poleceń i wykonywać je.

I w tym właśnie momencie dochodzimy do meritum problemu przedstawionego przez Kubę Tatarkiewicza. No bo niby skąd wśród informatyków mamy znaleźć tych posłusznie wykonujących polecenia? Tych bez charyzmy i bez silnej osobowości? Skąd?

Na razie ich po prostu nie ma. Za lat kilkanaście, może kilkadziesiąt będzie ich pełno. Miernot, które wybrały sobie potrzebny i popłatny zawód i nawet zdobyły odpowiednie do niego przygotowanie. Informatyków wychowanych na Windows '95, FrontPage i Delphi. Takich jest już mnóstwo wśród lekarzy, prawników... Są wszędzie. Pojawiąją się również wśród nas. Tak bowiem było jest i być musi, że profesje uznawane za awangardę powszednieją, a ich miejsce zastępują nowe, jeszcze nie odkryte.

Zawsze samotni

Takiego zatrzęsienia indywidualności, jak pośród informatyków, nie można znaleźć wśród żadnej innej grupy zawodowej. Informatycy znają doskonale swoją wartość, wiedzą jak bardzo są potrzebni i zdają sobie sprawę z prostego faktu: żadna dziedzina życia nie może się bez nich obejść. Od finansów po przemysł, od administracji po sztukę - informatyka wszędzie zapuściła swoje macki. A gdy już zapuściła, to przy okazji stworzyła miejsca pracy dla kolejnych kapłanów nowoczesnych technologii.

Mając tak ugruntowaną pozycję na rynku pracy, będąc otoczony podziwem użytkowników, patrzących na naszą codzienną rutynę, jak na misterium, żywiąc, w dodatku, głębokie przekonanie o własnym geniuszu - nie wykształciliśmy w sobie jeszcze instynktu stadnego. Informatycy działają samodzielnie. Samotny jeździec, samotny informatyk, trochę samotnie się zrobiło. Ale cóż... Czy wyobrażacie sobie związek zawodowy traperów albo stowarzyszenie konkwistadorów?

Informatycy pracujący w przedsiębiorstwach, bankach, administracji są rozdarci przez dwa sprzeczne pragnienia. Pierwsze pragnienie rodzi się ze świadomości - rosnącej! - wielkiego znaczenia komputerów i informatyki dla funkcjonowania ich firm czy urzędów. Informatycy uważają, że jako ludzie władający tymi pomocnymi maszynami powinni wreszcie doczekać się stosownego szacunku, miejsca w hierarchii i wynagrodzenia. Wiedzą, że w pojedynkę trudno wywalczyć swoje, marzą więc o jakimś klanie, cechu albo specjalnych klauzulach dopuszczających do zawodu. Z drugiej jednak strony, informatycy są prostolinijnymi inżynierami, dla których informatyka jest pasją niekiedy nie tylko zawodową, ale i życiową. Swoją pracę chcą wykonywać po prostu rzetelnie i w dobrych warunkach. Wszystko ponadto jest dla nich uciążliwe i nieciekawe. Domaganie się specjalnych uprawnień traktują jak fanaberię zblazowanych kolegów po fachu, sztuczkę w celu ukrycia niekompetencji lub lenistwa.

Kto ma rację? Co dominuje w środowisku polskich informatyków: chęć awansu czy pasja zawodowa, życzliwość czy snobizm, poczucie wartości czy krzykliwość, kompetencja czy improwizacja? Prezentujemy kilka opinii. Są różne, ale wszystkie ogromnie wypełnione emocjami, ironią albo humorem. Czy uda się z nich wyłuskać cechę wspólną dla całego środowiska?

Zaprezentowaliśmy już opinie Jakuba Chabika, Piotra Kowalskiego i Bogdana Pilawskiego. Dziś nad problemem zastanawia się Rafał M. Gęślicki.

Zapraszamy do dyskusji.

Redakcja