Zasady użytkowania muzyki

Nie ściągam filmów z Internetu, bo - mimo, że jestem przeciwieństwem śpiocha - przy tzw. komedii romantycznej zasypiam najdalej po 15 minutach, a jak mówią ci, którzy wiedzą - im komedia lepsza, tym wcześniej.

Brak mi też cierpliwości, by wytrwać całe półtorej godziny każdego innego filmu i wyłączałbym, gdy już go zabili, ale jeszcze nie zdołał uciec.

Co innego z muzyką. Tej nie ściągam z Internetu, bo on sam mi ją przynosi, przez co najmniej kilkadziesiąt stacji nadających klasykę, jazz i muzykę ludową. A jak nie Internet, to jest radio satelitarne, gdzie niewiele gadają, za to dużo i dobrze grają. Samych stacji z "classic" w nazwie jest tam co najmniej kilkanaście.

Powyższe nie jest jednak w pełni prawdą, bo ściągnąłem kiedyś wszystkie Koncerty Brandenburskie w MP3, dostępne bezpłatnie na stronie doskonałej, czeskiej, państwowej (!) radiowej stacji internetowej D-dur (koncerty te ciągle tam są i to w kilku formatach). Z tego samego źródła mam też komplet nagrań "Historyczne organy". Podobnie jednak, jak z ostatnią płytą, którą kupiłem ze dwa lata temu i do dziś nawet nie rozpakowałem, nigdy tego nie zdążyłem posłuchać.

Skoro jednak o MP3 mowa, to mam też - i to ładne kilka gigabajtów - nagrań rozmów i dyskusji ściągniętych z IT Conversations, Gartnera i amerykańskich uniwersytetów - wszystko dostępne za friko.

No i - co mam, to mam, a komu też zależy, niech ściąga póki co, bo niebawem mają za to odcinać. No, jeszcze nie prąd, gaz, wodę, służące do słuchania uszy, czy co tam jeszcze komu można odciąć, ale - co ma być najbardziej bolesne - Internet. I to bez względu na przeszłe i przyszłe zasługi, tytuły, odznaczenia i pochodzenie społeczne (Starsi Panowie: "ale z drugiej strony - czy na Marsie gra, gdy w ankiecie się "Ziemianin były" ma?").

Ciekawe tylko, czy po odcięciu będą nadal pobierać opłatę, gdy ktoś zawarł umowę na dłużej, czy też policzą ryczałtem, jak za zerwanie umowy z winy użytkownika.

Czesi dają złotą płytę za 7500 sprzedanych płyt, a 12 tysięcy daje u nich platynę, co oznacza, że wystarczy do tego - odpowiednio - jedna płyta na nieco ponad 1300 lub 800 obywateli. W Polsce jest to trochę bardziej złożone, bo inne kryteria obowiązują dla rozrywki, klasyki i jazzu (z czego wniosek, że u nas słuchanie dwóch ostatnich kategorii to katorga, a nie rozrywka). Pozostając przy samej tylko rozrywce - złoto oznacza płytę na niecałe 2000, a platyna na połowę tego, ale nie obywateli, bo u nas pisze się i mówi "Polaków". W USA jest to, co prawda, 600 i 300, ale wiemy, że oni nigdy nie znali umiaru, a poza tym nie mieli okresu minionego, kiedy deficytowe u nas płyty łamano i sprzedawano po pół na osobę.

No, i znowu do tekstu podstępnie wciska się nam Irlandia, bo tamtejszy główny telekom (Eircom), wybiegając przed europejską orkiestrę, dogadał się (za ile?) z producentami nagrań i zapowiada, że ściągającym będzie odcinał po dwukrotnym ostrzeżeniu. Aby jednak w krótkim czasie nie odcięli wszystkiego wszystkim, Amerykanie dadzą im program wykrywający tajne znaki rozpoznawcze, które będą umieszczane w chronionych nagraniach. Ciekawe, jak będą wynagradzani za to, co złapią? Pewnie jako procent od potencjalnych strat, liczonych - jak zwykle - przy absurdalnym założeniu, że każdy, kto ściągał, byłby kupił, gdyby tylko nie mógł ściągnąć.

U nas też już niektórzy zapowiadają takie praktyki. Dla oszczędności, jednak, zamiast amerykańskich, kupią pewnie tańsze, ale za to o dowiedzionej skuteczności programy chińskie.

Tytuł tego felietonu zapożyczyłem z pewnej strony internetowej. Kto chce się rozweselić - niech ją sobie znajdzie i poczyta więcej.