Zaprzestać finansowania uczelni

Narzekania na niski poziom zarobków w uczelniach są powszechne. Gdy zapytałem znajomego naukowca o poszukiwanej na rynku specjalności, dlaczego - skoro mu tak źle na uczelni, nie odchodzi do pracy w prywatnej firmie (a miał już wiele ofert pracy), odpowiedział: A gdzie zarobię tak dobrze jak tutaj! Przez chwilę nie mogłem się połapać, ale potem zrozumiałem.

Narzekania na niski poziom zarobków w uczelniach są powszechne. Gdy zapytałem znajomego naukowca o poszukiwanej na rynku specjalności, dlaczego - skoro mu tak źle na uczelni, nie odchodzi do pracy w prywatnej firmie (a miał już wiele ofert pracy), odpowiedział: A gdzie zarobię tak dobrze jak tutaj! Przez chwilę nie mogłem się połapać, ale potem zrozumiałem.

Młodzi pracownicy uczelni, nie chcą prowadzić zajęć, wręcz siłą trzeba ich ciągnąć do laboratorium, na ćwiczenia czy seminaria. Studenci skarżą się na prowadzenie zajęć "na odczepnego", byle zbyć; dziekan z trudem wypełnia plan zajęć; pojęcie asystenta kompletnie straciło swe dawne znaczenie. Wszyscy robią pieniądze. I uczelnia zapewnia im do tego najlepsze warunki. No bo która prywatna firma może sobie pozwolić na zakupienie superkomputera do przeprowadzenia skomplikowanej analizy przepływu laminarnego czy modelowania innych zjawisk fizycznych? Zamiast kupować skomplikowany sprzęt pomiarowy, unikalną aparaturę czy specjalistyczne oprogramowanie wystarczy zatrudnić pracownika z odpowiedniej wyższej uczelni. On to wszystko ma do dyspozycji, zakupione za nasze, podatników, pieniądze.

Dlaczego trwa ostra rywalizacja o granty Komitetu Badań Naukowych? Czy dlatego, że nasi naukowcy garną się do rozwijania badań podstawowych lub poszerzania naszej wiedzy? Wcale nie. Owszem, poszerzają swoją wiedzę oraz zapewniają sobie warsztat sprzętowy, programowy, obliczeniowy czy pomiarowy do prowadzenia działalności poza murami uczelni.

Komu w tej sytuacji może więc zależeć na reformie wyższych uczelni i systemu kształcenia? Na pewno nie jej ambitnym i pracowitym naukowcom. Nie chcę generalizować, gdyż będzie to na pewno krzywdzące dla wielu szanowanych i uczciwych naukowców, zwłaszcza starszej generacji. Jednakże obserwowane zjawiska skłaniają mnie do przypuszczenia, że uczelnie - zwłaszcza techniczne - w obecnej formie nie mają racji bytu.

Znajomy naukowiec z Kanady - z przyznanych mu przez uczelnię lub uzyskanych z grantów funduszy - płaci za każdą minutę wykorzystania komputera, za każdy używany zestaw pomiarowy, a nawet kserokopię. Jego przydatność dla uczelni oceniają studenci co trymestr! Nawet najlepsze publikacje mu nie pomogą, jeśli studenci uznają, że nie umie uczyć!

Nie postuluję bynajmniej generalnej zmiany oceny naukowców, ani oceny pracy uczelni. Nie czuję się kompetentny. Widzę jednak proste remedium na obecne bolączki. I nie są to pieniądze dla naukowców. Należy przestać finansować uczelnie, zacząć zaś finansować studentów. Jeżeli wszystkie studia będą płatne, to każdy wybierze tę uczelnię, po której najłatwiej dostać pracę, bo daje najlepsze wykształcenie, gdyż pracują na niej najwybitniejsi naukowcy, którym chce się uczyć - nawet studentów pierwszego roku. Uczelnia będzie zabiegać o studentów i zacznie o nich dbać, bo to oni zapewnią jej utrzymanie i pensje na przyzwoitym poziomie dla pracowników.

Skąd brać pieniądze dla studentów? Przeznaczyć obecne fundusze na utrzymanie uczelni na nie oprocentowane pożyczki dla niezamożnych studentów i umarzać je najzdolniejszym. Będzie nas to i tak kosztowało taniej niż obecny system.


TOP 200