Zamknięci na krytykę

Menedżerowie nie dowiadują się od podwładnych jak są przez nich postrzegani, bo zbyt nerwowo reagują na krytykę, aby ktokolwiek chciał się narażać.

Menedżerowie nie dowiadują się od podwładnych jak są przez nich postrzegani, bo zbyt nerwowo reagują na krytykę, aby ktokolwiek chciał się narażać.

Przysłowie o bardzo krótkim rodowodzie mówi: "Nie krytykuj szefa swego, bo możesz mieć gorszego". Najbardziej zadziwiająca jest w tym dowcipnym zdaniu niewiara w mądrość przełożonego, a co najmniej wątpliwość, czy jego mądrość jest większa niż mądrość szeregowych pracowników. Widać także przekonanie, że szefa można zmienić tylko na gorszego. Zastanawiam się, czy tak negatywne nastawienie do kierownictwa wynika z przyczyn prawdziwych czy urojonych. Innymi słowy, czy rzeczywiście doborem kadry zarządzającej rządzi mechanizm negatywnej selekcji, czy raczej pracownicy za pomocą krytyki zwierzchników odreagowują stres ciężkiej pracy i ciągłej rywalizacji o godne miejsce w korporacyjnej społeczności.

Dziwne jest też, że akurat z nastaniem kapitalizmu powstało takie powiedzenie. Wszak to za realnego socjalizmu o awansie na stanowiska kierownicze decydowały względy pozamerytoryczne (przynależność partyjna, koneksje, lojalność wobec władzy itd.), a praca była nie tylko ciężka, lecz także mało sensowna (produkty złej jakości, marnotrawstwo, niskie wynagrodzenia). Myślę, że negatywna opinia o przełożonych w dużym stopniu bierze się z rozczarowania. Zbyt wiele spodziewaliśmy się od razu po naszym kapitalizmie. Do fabryk wprowadził on rachunek ekonomiczny, automatycznie likwidujący wiele absurdów gospodarczych realnego socjalizmu, ale to wcale nie znaczy, że zarazem spowodował nastanie nowego porządku społecznego. Wydawałoby się, że u sterów naturalną koleją rzeczy staną najlepsi, a jednak nie zawsze tak się działo. A tam, gdzie szefem został mądry człowiek, nie od razu to zrozumiano i zaakceptowano. Relacje międzyludzkie nie rządzą się bowiem jedynie prawem racjonalności, tak jak rachunek ekonomiczny. Na podstawie wyników przedsiębiorstwa nie można ocenić, czy dany kierownik jest mądry, czy głupi, dobry, czy zły. Ludzie będą go sądzić za to, jak się w stosunku do nich zachowywał, jaką dał im szansę w życiu, jakim był człowiekiem, jak się przy nim czuli. W dużej mierze osądzą go za swoje sukcesy lub niepowodzenia, tak naprawdę od szefa mało zależne.

Im mniej człowiek jest autorem samego siebie, świadomym twórcą swojej osobowości i poglądów, tym bardziej jest skłonny do przenoszenia odpowiedzialności za swoje życie na zwierzchników (ale też rodziców, władzę polityczną, Kościół). Wydaje mi się, że mądrych i dobrych szefów u nas dostatek, tylko za wiele od nich żądamy poza wypełnianiem obowiązków menedżerskich. Natomiast na pewno zwiększa się liczba pracowników, dla których dzisiejsze czasy są za trudne. Nie dlatego że są mało zdolni czy niedostatecznie wykształceni, ale dlatego iż (w domu, szkole, środowisku) zaniedbano ich wychowanie kulturowe, intelektualne czy duchowe. Są świetnymi fachowcami, ale niedojrzałymi ludźmi.

Jest jednak coś, co jest piętą achillesową wszystkich szefów mądrych i niemądrych - są zupełnie nieodporni na krytykę. Tak się ujawnia w nich ten podskórny - wydawałoby się dawno zapomniany - lęk, że przecież to wcale nie takie oczywiste, iż inni ludzie muszą ich słuchać. Nie chodzi o racje czy kompetencje, ale o legitymację do władzy nad innym człowiekiem. Nikt jej nie ma. To kwestia niepisanej umowy. Krytyka nigdy więc nie jest traktowana jako podpowiedź, jak coś zrobić lepiej, lecz jako podważanie autorytetu.