Zamiast książek - tylko dokumentacja?

W numerze CW-PL 2/92, w felietonie "Zamiast recenzji", Andrzej Horodeński odżegnuje się od książek komputerowych innych niż oryginalna dokumentacja, twierdząc, że dzieła te po pierwsze reprezentują niski poziom, a na dodatek przyczyniają się do rozwoju piractwa. A więc należy skończyć z recenzowaniem książek, bo to też działalność podejrzana.

W numerze CW-PL 2/92, w felietonie "Zamiast recenzji", Andrzej Horodeński odżegnuje się od książek komputerowych innych niż oryginalna dokumentacja, twierdząc, że dzieła te po pierwsze reprezentują niski poziom, a na dodatek przyczyniają się do rozwoju piractwa. A więc należy skończyć z recenzowaniem książek, bo to też działalność podejrzana.

Pomińmy oczywistą skądinąd prawdę, że zawsze więcej splendoru przynosi przyłożyć komuś na oślep, niż usiąść i przekartkować sumiennie cudzą książkę - na zasadzie pracy domowej. Dajmy jednak spokój złośliwościom i zatrzymajmy się nad sednem zagadnienia, czyli ograniczeniami praw autorskich przy dystrybucji oprogramowania.

Kiedy wolno korzystać z danego programu? Wtedy, gdy weszliśmy legalnie w jego posiadanie. Legalność ta jest rozumiana bardzo indywidualnie - w zależności od produktu: jeden program należy zakupić, za inny wysłać po pewnym czasie określoną kwotę (shareware), przy jeszcze innym tylko się zarejestrować. Wreszcie niektóre programy są darmowe i wolne od wszelkich serwitutów (Public Domain).

Co możemy robić z danym programem? Uruchamiać - na pewno. Co jeszcze? To już zależy od prawodawstwa danego kraju i również od rodzaju programu. Na ogół obwarowane najsilniejszymi ograniczeniami są zasady odsprzedawania. Często w wielu krajach zabronione są próby odtwarzania kodu źródłowego, który jest zwykle wielokrotnie cenniejszy od wersji wykonywalnej programu. Zabronione jest także kopiowanie części lub całości dokumentacji na użytek inny niż prywatny - przestępstwo to było i jest nagminnie popełniane przez wiele instytucji nie tylko w naszym kraju.

Jeśli chodzi o opisy "własnymi słowami" cudzych programów, to rzecz jest potraktowana nieco liberalniej. W naszym kraju prawo nie zabrania tworzenia takich opisów. Nowy projekt ustawy o prawie autorskim (art. 76 pkt 4) głosi: "Nie korzystają z ochrony: algorytm, treść, funkcja programu (...)". Tak więc nawet w nowym, bardziej zeuropeizowanym, stanie prawnym będzie można opisywać programy, ich składnię i zastosowania. Mimo to już dziś wielu autorów książek stara się informować producentów opisywanych programów o swoich poczynaniach - bo warto. Na ogół w takich wypadkach producenci zachęcają naszych twórców książek komputerowych, nierzadko udostępniając im wersje przedwdrożeniowe (tzw. beta). Zresztą zbytnia surowość w dystrybucji oprogramowania tylko sprzyja systemom zamkniętym, a więc wzmacnia firmy sprzętowe - na niekorzyść twórców oprogramowania. Również polskie firmy bardzo się cieszą, gdy w jakiejkolwiek formie opisze się ich oprogramowanie (a co dopiero opracuje książkę). Wysokość strat jest tu niewspółmiernie niska wobec zysków promocyjnych. Niestety, nie jest nam znany przypadek książki o programie polskim, napisanej przez kogoś, kto go nie stworzył. Chyba jeszcze nie dopracowaliśmy się w kraju odpowiedniej rangi standardu.

Software, który ma się sprzedawać, nie może być tajny - klient musi o nim wiedzieć, znać jego podstawowe możliwości. Dlaczego mam kupować sobie SCO Unix albo NetWare Novella za 20 mln zł, jeśli chcę tylko zorientować się na jakie akcje może mi on pozwolić, albo gdy mam pójść za miesiąc do pracy, gdzie już jest zainstalowany? Już dawno zauważono, że książka jest nośnym medium reklamowym dla oprogramowania. Oczywiście, książka-instruktaż pomaga także niektórym piratom. Ale pamiętajmy - piraci to amatorzy! Oni zresztą też spełniają bardzo pożyteczną rolę w bezinteresownej (tak! tak!) reklamie wielu produktów. Natomiast profesjonaliści - a więc poważne firmy - nie mogą sobie pozwolić na posługiwanie się kradzionym programem. Dlatego, bo są profesjonalistami.

Inna fałszywa teza AH, to stwierdzenie: "kto kupiłby książkę z opisem Turbo Pascala 5.0, albo ChiWritera 4.01, gdyby wszyscy mieli legalne kopie wraz z dokumentacją?". Wiele osób, drogi kolego redakcyjny. Po pierwsze dlatego, że nie wszyscy użytkownicy znają, lub chcą poznać język angielski; po drugie dlatego, że niektóre z polskich podręczników są na znacznie wyższym poziomie niż dokumentacja oryginalna; po trzecie zaś dlatego, że wiele polskich książek jest na znacznie niższym poziomie niż dokumentacja oryginalna. A wielu z nas, czytelników, nie tyle interesuje przemądrzała terminologia naukawo-informatyczna, ile oszczędność czasu, którą komputer rozsądnie stosowany jest w stanie przynieść.

Niedawno czasopismo wydawane w siedmiomilionowej Szwajcarii - "Computerworld Schweiz" - na czterech dużych stronach opublikowało niemieckojęzyczne zestawienie ok. 10 książek o DOS-ie 5.0, kilkunastu o MS-Windows 3.0, a po kilka o Lotusie 1-2-3, Quattro i Excelu. Każda z nich była dla kogo innego. O komputerze bowiem można pisać w "Przyjaciółce", "Przekroju", "Gazecie Bankowej", "Życiu Warszawy", "Gazecie Wyborczej", "Res Publice" i "ComputerWorld". To są rynki komplementarne, a nie antagonistyczne.


TOP 200