Zagubiona miara

Z dużym zaciekawieniem przeczytałem artykuły na temat fenomenu płac w Polsce (CW nr 7, 17 lutego 1997 r.). Zgadzam się z większością tez postawionych przez autorów wspomnianych publikacji. Ponieważ problem dotyczy wszystkich, chcę dodać kilka własnych spostrzeżeń.

Z dużym zaciekawieniem przeczytałem artykuły na temat fenomenu płac w Polsce (CW nr 7, 17 lutego 1997 r.). Zgadzam się z większością tez postawionych przez autorów wspomnianych publikacji. Ponieważ problem dotyczy wszystkich, chcę dodać kilka własnych spostrzeżeń.

Zgadzam się, że płace w Polsce są w dużej mierze regulowane wg uznania, bez rzeczywistej, rynkowej wyceny wartości wykonywanej pracy. Istotnie, nie działa tu prawo podaży i popytu. Dlaczego? Po pierwsze, z powodu pozornej katastrofalnej nadwyżki podaży. "Pozornej", bo naprawdę brakuje wysoko kwalifikowanej kadry. Jednocześnie na rynku produktów mamy wciąż jeszcze zbyt małą konkurencję, która nie wymusza na przedsiębiorstwach intensywnego poszukiwania dobrych pracowników. Jeśli do tego dodamy wybujały fiskalizm, krwiożerczy ZUS i interwencjonizm (żeby nie powiedzieć: "centralne planowanie/rozdzielnictwo" - niepotrzebne skreślić), okaże się, że na większej części terytorium Polski nie istnieją makroekonomiczne bodźce, wymuszające na firmach konkurencję poprzez zarządzanie kadrami i wykorzystanie możliwości tkwiących w ludziach. Nie istnieje zatem potrzeba wyceny wartości ludzkiej pracy - i odpowiedniego wynagrodzenia.

Głównymi środkami generowania zysku w znacznej części przynajmniej drobnej działalności gospodarczej staje się "szukanie okazji", ucieczka w szarą strefę, działanie na pograniczu prawa i wyzysk pracownika - to ostatnie wyraźnie na przekór deklarowanemu przez państwo "bezpieczeństwu" socjalnemu. Głównym czynnikiem decydującym o wysokości płac stają się więc fundusz płac i rodzaj własności. Wiadomo bowiem powszechnie, że cudze pieniądze wydaje się łatwiej niż własne. Stąd np. w moim miejscu zamieszkania pracując na uczelni (nawiasem mówiąc z niskimi, jak na uczelnię, płacami) mam wyższą pensję niż gdybym pracował w dobrze prosperującej firmie prywatnej w regionie. Mamy więc często do czynienia z sytuacją absurdalną: dobrzy fachowcy "szukają okazji" i dekują się w zakamarkach, dających możliwość przeżycia i zrobienia kilku fuch miesięcznie (bo z pensji trudno wyżyć); lecz ogromne pieniądze zarabiają ludzie niekompetentni, niereformowalni, mający układy. W efekcie płacimy bowiem więcej za gorsze towary i usługi, jesteśmy traktowani byle jak, kiedy szukamy pracy, dopominamy się o naprawę gwarancyjną itp. itd.

Pragnę równocześnie zwrócić uwagę na inny fenomen: istnieje ogromny popyt na wiedzę, sądząc po liczbie chętnych, zgłaszających się na uczelnie (i to raczej po tych na płatne studia zaoczne niż na "darmowe" dzienne, będące często ucieczką przed bezrobociem lub wojskiem), mimo że młody człowiek z wyższym wykształceniem często bywa wykorzystywany przez nieuczciwych pracodawców. Będąc twardym negocjatorem, nieraz widziałem zaskoczenie w oczach potencjalnego pracodawcy i słyszałem stwierdzenie: "To bardzo dużo!" - na wymienioną przeze mnie stawkę. Nikt oczywiście nie wziął pod uwagę drobnego faktu, że zainwestowałem w swoje wykształcenie więcej pieniędzy niż niejedna firma ma kapitału założycielskiego.

Dowodzi to raz jeszcze tego, iż dużo wyżej ceniona jest możliwość prowadzenia księgowości i ukrywania rzeczywistych dochodów w kosztach oraz gąszczu rachunków i faktur niż rzeczywiste umiejętności.

Nazwisko i adres

do wiadomości redakcji


TOP 200