Zagrożenie z dwóch stron

Rządowi ekonomiści zwykle widzą przyszłość w jaśniejszych barwach niż analitycy rynkowi, ale nawet oni nie wykluczają, że prognozy makroekonomiczne trzeba będzie skorygować. Główną przyczyną jest dekoniunktura na rynkach finansowych. Ale nie tylko.

Ekonomiści przewidywali, że tegoroczny wzrost gospodarczy będzie oscylował wokół 6%. Rządowi, że nieco przekroczy ten poziom, niezależni, że go nie osiągnie. Prognozy na przyszły rok także nie są zróżnicowane. Wszyscy się zgadzają, że tempo gospodarki osłabnie. Według resortu finansów do 5,7-proc., według Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową do 5,5-proc. Podobnie rzecz się ma z inflacją. Ta miałaby oscylować wokół celu wyznaczonego przez Radę Polityki Pieniężnej (2,5%). Jednak po ostatnich spadkach na światowych giełdach przedstawiciele resortu finansów zaczęli mówić o zagrożeniach dla dynamiki PKB i możliwej korekcie prognoz. Dekoniunktura na rynkach finansowych może przyczynić się do osłabienia skłonności do inwestowania i popytu konsumpcyjnego. Zagraniczni inwestorzy mogą zacząć pozbywać się aktywów na warszawskiej giełdzie i transferować kapitały na swoje rynki podstawowe, by tam pokryć straty. To prowadziłoby do spadku cen na GPW i osłabienia złotego. Słabnący złoty pobudziłby wzrost inflacji, zwłaszcza w sytuacji rosnących cen ropy.

Spadki na światowych giełdach są spowodowane zapaścią na amerykańskim rynku nieruchomości. Załamanie nastąpiło już wiele miesięcy temu, ale kryzys wciąż się pogłębia. Zaczęło się od tego, że po podwyżkach stóp procentowych wielu amerykańskich konsumentów straciło zdolność spłacania kredytów hipotecznych, które w ostatnich latach udzielano na bardzo liberalnych warunkach. W dół poszły ceny nieruchomości, stanowiące zabezpieczenie dla tych kredytów. Kredytodawcy i fundusze inwestujące na rynku kredytów hipotecznych wpadli w tarapaty. Rzecz w tym, że dotyczy to nie tylko instytucji amerykańskich. Kredytodawcy zza oceanu z powodzeniem bowiem sprzedawali obarczony wysokim ryzykiem dług hipoteczny, a tamtejsze banki inwestycyjne poddawały te papiery sekurytyzacji i sprzedawały instytucjom finansowym na całym świecie. Dlatego najważniejsze banki centralne (w tym Europejski Bank Centralny) pompują dziś na rynki finansowe miliardy dolarów, by poprawić sytuację tych instytucji, które ucierpiały na amerykańskim rynku długu. Ta interwencja ma szanse powodzenia, choć strach i niepewność ciągle przeplatają się z poprawą nastrojów. Paniki na giełdach całkowicie więc wykluczyć się nie da.

Poza zagrożeniami zewnętrznymi, niezależnymi od naszej gospodarki, pojawiły się także niepokojące sygnały płynące z niej samej. Są one wystarczające, by zahamować tempo wzrostu PKB w większym stopniu niż przewidywali ekonomiści. Ostatnio wszystkich rozczarowały dane o produkcji przemysłowej. W czerwcu wzrosła ona jedynie o 5,6% (w maju o 8,3%, w kwietniu o 12,4%). W gospodarce coraz wyraźniej ujawniają się wąskie gardła. Wykorzystanie mocy produkcyjnych przez miesiące balansowało na granicy bezpieczeństwa (80%), a teraz ta granica została przekroczona (84%). Przedsiębiorstwa zbyt długo zwlekały z inwestycjami. Obecny boom inwestycyjny zaczął się w końcu ubiegłego roku, na jego efekty trzeba więc będzie poczekać. Sytuację pogarsza fakt, że w niektórych branżach od dłuższego już czasu brakuje rąk do pracy. Ograniczony potencjał wytwórczy wobec szybko rosnącego popytu wewnętrznego oraz niedobory w zatrudnieniu tworzą presję płacową, która zaczyna przekładać się na presję inflacyjną. Prawdopodobnie w najbliższym czasie Rada Polityki Pieniężnej znów podniesie stopy procentowe. To może ostudzić nie tylko zapał inwestycyjny, ale także popyt konsumpcyjny, którego duża część jest finansowana kredytami. Dwa motory, które dziś napędzają gospodarkę, inwestycje i konsumpcja, mogą więc osłabnąć na tyle, że nawet bez załamania na giełdach trzeba będzie korygować w dół prognozy wzrostu.


TOP 200