Za łatwy optymizm

Od roku 1996 obserwujemy w Polsce trend malejącej zyskowności przedsiębiorstw. Czy wystarczy im pieniędzy na inwestycje i rozwój?

Od roku 1996 obserwujemy w Polsce trend malejącej zyskowności przedsiębiorstw. Czy wystarczy im pieniędzy na inwestycje i rozwój?

Wbrew optymistycznym ocenom koniunktury gospodarczej i kondycji przemysłu, głoszonym przez prasę oraz liczne środowiska gospodarcze i polityczne, od połowy 1995 r. do chwili obecnej dostrzegam podskórną falę recesyjną. Łatwo obserwowalne wskaźniki makroekonomiczne, np. poziom sprzedaży, sygnalizują raczej korzystne trendy, ale wskaźniki mikroekonomiczne w wielkich grupach przedsiębiorstw są niepokojące. Przede wszystkim produktywność pracy i kapitału w sferze pozostaje nadal dramatycznie niska, co oznacza, że gospodarowanie przynosi zbyt mało pieniędzy.

Od kilku lat zyskowność przedsiębiorstw maleje. W stosunku do 1995 r. obniżyła się o 1/3. Oznacza to obniżenie konkurencyjności, może także spowodować osłabienie skłonności do inwestowania.

Przedsiębiorstwa mają mniej pieniędzy na rozwój, ponieważ nieproporcjonalnie do zysku wzrastały płace, a jeszcze szybciej rosły pozostałe koszty pracy. Świadczy to o tym, że w stosunkach między partnerami społecznymi, czyli związkami zawodowymi, pracodawcami i rządem, powraca schemat niezwykle niebezpieczny dla gospodarki. Zamiast realizować wspólną politykę, skoncentrowaną na poprawie efektywności gospodarowania i wzroście dochodu narodowego do podziału, partnerzy społeczni biorą udział w przetargu o podział ograniczonych środków. Z jednej strony mamy więc nakładanie sztucznych barier na wzrost płac, z drugiej - swoisty koniunkturalizm sił, które starają się łamać owe bariery lub mnożyć różne "dodatki" i "narzuty", aby móc po prostu więcej płacić poszczególnym grupom ludności. A wszystko to kosztem przedsiębiorstw, którym uszczupla się w ten sposób środki na rozwój.

Eksperci od polityki z pewnością dostrzegliby, że beneficjanci tych dodatkowo wytargowanych pieniędzy to elektoraty. Współpracując z przedsiębiorstwami, dostrzegamy, że np. w przemysłach pracochłonnych wiele przedsiębiorstw wykazuje stratę co dwa lata, bo właśnie co dwa lata odbywają się wybory do zakładowych władz związkowych. Jednak oceniając omawiane zjawiska spokojnie i sprawiedliwie, nie można traktować każdego przypadku jak "zamachu na kasę". Są przecież branże przeżywające recesję, w których kwestia społeczna (walka z nędzą) musi stanowić priorytet; ale takich branż jest dzisiaj naprawdę niewiele.

Wniosek nasuwa się jeden; zdolność do rozwoju polskich przedsiębiorstw zależy przede wszystkim od panujących w nich stosunków społecznych, a te z kolei są zależne od intensywności komunikacji w firmie.

Malejąca zyskowność przemysłu nie rokuje dobrze branży informatycznej. Ale jest i druga strona tego medalu.

Pilna potrzeba lepszych narzędzi

W Polsce produktywność pracy, mierzona np. wartością dodaną, wytwarzaną przez jednego zatrudnionego, jest dziesięciokrotnie niższa niż w państwach stanowiących czołówkę światową. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest niska produktywność kapitału, dwukrotnie niższa niż np. w Japonii czy Europie Zachodniej. Może to oznaczać albo nadmiar kapitału, albo jego nieumiejętne wykorzystanie (nietrafne i źle zorganizowane).

Jednak główna przyczyna słabości przedsiębiorstw produkcyjnych tkwi gdzie indziej. Od reszty świata, tej wysoko rozwiniętej, różni nas ośmiokrotnie niższe wyposażenie techniczne pracy. Może to oznaczać zapotrzebowanie m.in. na inwestycje informatyczne, choć jeszcze bardziej na różne "ułatwiacze" pracy, czyli manipulatory, narzędzia elektryczne i pneumatyczne, podajniki, podnośniki itd. Szansa ta jest jednak marnowana przez branżę informatyczną, ponieważ na ogół dostawcy rozwiązań informatycznych zachowują się jak handlarze, a nie jak osoby, które mają dobudować kawałek fabryki.

Chcę dodać jeszcze jedno. Nasze analizy wskazują, że słabość polskiego przemysłu na ogół nie wynika z różnicy w standardzie produktów. Atrakcyjność rynkowa polskich produktów, uwzględniając ich jakość i cenę, nie jest niższa niż np. produktów japońskich.

Potrzeba państwa

Przedsiębiorstwa popełniają wiele błędów w inwestowaniu, wynikających z braku długofalowej strategii biznesowej. Szybko rosnące firmy z kolei mają tendencję do przeinwestowywania. Ale nie do przecenienia jest rola państwa. To ono za pomocą różnych instrumentów, np. ceł, stawek amortyzacyjnych czy nakładów na działalność badawczo-rozwojową, powinno kreować prawidłowy kierunek i poziom inwestowania. Wydaje mi się, że obecny rząd powinien skupić się na 5. czy 6. branżach o wysokiej wartości dodanej oraz kilku branżach o dużej pracochłonności i doprowadzić w nich do zwiększenia konkurencyjności, bo ona umożliwi im szybki rozwój.

A konkurencyjność - podkreślam - zależy przede wszystkim od stosunków społecznych, czyli poziomu komunikacji i współpracy w firmie.

W Polsce istnieje zatem obiektywna konieczność utrzymywania wysokiej stopy inwestycji. Lecz wszyscy gracze na rynku muszą dobrze zrozumieć ową konieczność, aby objawiała się ona wysokim popytem. Muszą również dobrze rozpoznać swoje role, aby inwestycje były trafne i przekładały się na rozwój gospodarczy i dobrobyt społeczny.

Andrzej Góralczyk jest prezesem Polskiego Centrum Produktywności.


TOP 200