Z życia wzięte

Moja córka kupiła w sklepie, należącym do dużej, państwowej jeszcze sieci, buty. Kiedy poszła je reklamować, pani zza lady zażądała od niej numeru Pesel.

Moja córka kupiła w sklepie, należącym do dużej, państwowej jeszcze sieci, buty. Kiedy poszła je reklamować, pani zza lady zażądała od niej numeru Pesel.

Oburzony (jestem nieco przeczulony na punkcie prywatności danych) poszedłem z córką do sklepu i próbowałem zwrócić uwagę na niestosowność takiego wymogu. Żadne argumenty nie potrafiły zmienić stanowiska ekspedientki, która tłumaczyła, że jest to żądanie "centrali". Dopiero informacja, że znam osobiście pana Dariusza Kupieckiego, który te wszystkie numery wymyśla, zwolniła nas z obowiązku wylegitymowania się identyfikatorem, nadanym dla ściśle określonych celów, nie obejmujących reklamacji obuwia.

To błahe wydarzenie obrazuje stan świadomości społecznej dotyczącej sprawy danych związanych z osobą. Jest on praktycznie zerowy. Jeden z informatyków wojewódzkich opowiadał mi o mających miejsce parę lat temu przypadkach wymiany baz danych, dotyczących zarejestrowanych samochodów, na nowy komputer. Urzędnicy dokonujący tej transakcji byli dumni ze swojej operatywności. W zamian za coś, co i tak nic nie kosztuje, a w dodatku dalej zostaje w urzędzie, odciążali budżet. Jeśli takie bazy trafiły do firmy handlującej akcesoriami samochodowymi, to jeszcze pół biedy - tylko listonosze mieli więcej roboty. Gorzej, jeśli dostały się w ręce "firmy", która zajmuje się dostarczaniem na zamówienie za wschodnią granicę luksusowych samochodów o określonej marce i kolorze.

Świadomie zacząłem od przykładów z życia, choć problem jest natury ogólnej. Zagrożenia płynące z istnienia dużych zbiorów danych o obywatelach, gromadzonych zarówno przez służby publiczne, jak i organizacje komercyjne, rosną wraz z rozpowszechnianiem środków informatyki. Jednostka zagrożona jest namolnością firm zasypujących - przesyłkami reklamowymi skrzynki pocztowe - choć to akurat można uznać za jedynie drobną niedogodność. Na drugim biegunie zagrożeń rośnie władza posiadających dostęp do informacji o obywatelu. Jak wszędzie, największym posiadaczem takiej informacji jest państwo. Ustawa o ochronie danych osobowych dopiero się tworzy. Zanim dojdzie do aktów wykonawczych, a potem praktyki prawnej, będziemy przez najbliższe lata żyli w świecie, w którym możliwa będzie różnego rodzaju manipulacja danymi o obywatelu. Każdy musi mieć prawo do intymności takich danych, których ujawnienie, przykre dla niego, nie ma wpływu na bezpieczeństwo innych osób. Należy jasno i precyzyjnie określić prawa urzędów i służb państwowych do tworzenia zestawień i przekrojów danych pochodzących z różnych źródeł, z jednej strony w interesie bezpieczeństwa obywatela (policja, UOP, kontrwywiad), z drugiej z zachowaniem jego prawa do prywatności danych. Takie wątpliwości można sprowadzić do ekstremum: chociażby, jak ogólne prawo obywatela do wglądu w dane zgromadzone o nim ma się do dostępu do informacji przechowywanych w zbiorach wspomnianych wyżej służb specjalnych? Na to i na wiele innych pytań muszą znaleźć odpowiedź prawnicy i parlament. Z uwagi na ogromnie złożoną materię techniczną poruszanych spraw powinny one być konsultowane przez informatyków. Polskie Towarzystwo Informatyczne przez swoich przedstawicieli bierze udział w opiniowaniu prowadzonych prac legislacyjnych.

Piotr Fuglewicz, jest prezesem Polskiego Towarzystwa nformatycznego