Z rodowodem, ale bez herbu

Na dobrą kondycję polskiej branży informatycznej nie pracuje jej przeszłość. Ciągle od nowa uczy się ona, jak tworzyć wartość dla klienta. I jak to w życiu, czasem odnosi sukcesy.

Na dobrą kondycję polskiej branży informatycznej nie pracuje jej przeszłość. Ciągle od nowa uczy się ona, jak tworzyć wartość dla klienta. I jak to w życiu, czasem odnosi sukcesy.

Jeśli nie odnosi w tym sukcesów, to nie ma dziedzictwa i potencjału, które mogłaby wykorzystać zamiast nowych pomysłów. Jeśli firmie informatycznej nie powiedzie się w nauce dogadzania klientom na bieżąco i zachwycania ich do tego stopnia, że będą skłonni kupować, to wówczas może jedynie zamknąć podwoje albo niedrogo sprzedać się komuś, kto mniema, że za jej pomocą uzupełni swoją ofertę.

Wówczas chwila jej końca po prostu się odwlecze, ponieważ jeszcze nie zdarzyła się w polskich warunkach udana fuzja firm w celu uzupełnienia rozwiązań i polepszenia obsługi klientów. Ten dramatyczny przebieg wydarzeń jest spowodowany skomplikowaną przeszłością branży informatycznej. Na patologicznym styku sektorów prywatnego i państwowego, na przełomie epok socjalistycznej i kapitalistycznej, w rozdarciu między pasją zawodową a chęcią dorobienia się, w kleszczach między podziwem dla zagranicznych produktów a poczuciem własnej wtórności - branża informatyczna tworzyła modele biznesowe, które sprawdzały się jedynie w chwili ich wytworzenia, oferowała produkty, nie mające szans na przetrwanie próby czasu, budowała teraźniejszość, usilnie starając się zapomnieć o przeszłości, w każdy nowy etap wkraczała z uczuciem przegranej z poprzedniego. Trzeba z ogromnym szacunkiem i podziwem

powiedzieć, że jest to chyba najbardziej heroiczna branża w Polsce.

Ciągle ogłaszająca swój triumf, mimo goryczy w sercach.

Biznes chwili

Biznes komputerowy wyłonił się z zamętu reform gospodarczych połowy lat 80., coraz śmielszego otwarcia na świat i uwolnienia się pokładów przedsiębiorczości w ludziach związanych z uczelniami, a także zmuszonych do odejścia z macierzystych przedsiębiorstw z powodu działalności w "Solidarności". Wówczas to, co potocznie - i nieco pogardliwie - nazywało się "handel komputerami", dawało zawrotny zysk, niejednokrotnie stukrotnie przekraczający zainwestowane pieniądze. Pozwalały na to różne patologie prawnoformalne (słynne "darowizny"), gospodarcze (możliwość bezkarnego żerowania na własności państwowej), społeczne (potrzeba dowartościowania się wielu dyrektorów, przysłowiowe "migające monitory" - bez celu - na biurkach), a także autentyczne, choć skromne potrzeby. Firmy handlowe, nastawione na ekstremalnie wysoki, szybki, doraźny zysk, bez żadnego planu i inwestycji na przyszłość, bez własnego produktu, bez żadnego zaplecza - to zasadniczy rys ówczesnego krajobrazu informatycznego Polski. Typowy biznes chwili.

Ten krajobraz uzupełniały dosyć liczne firmy komputerowe, które usiłowały coś tworzyć: jedni - ploter, drudzy - terminal, inni - oprogramowanie księgowe, a jeszcze inni - program do obliczania wytrzymałości materiałów. Każde to przedsięwzięcie kalkulowane było w złotówkach, z dopuszczeniem części ze strefy rublowej. Istnienie takich samych produktów za Łabą nie było przedmiotem rozważań, albowiem były one nieosiągalne. Produkt mógł być drogi, ale musiał być oparty na podzespołach i surowcach z naszej strefy politycznej. Wraz z ustrojowym przełomem wszystkie te kalkulacje wzięły w łeb.

Żaden polski ploter czy terminal się już nie opłacał. Żaden wynalazek tamtej epoki nie przetrwał albo przetrwał jako margines. Również nie przetrwały pierwsze firmy software'owe. Podobnie jak ich drugi rzut, który zajmował się polonizacją oprogramowania księgowego. To się po prostu nie opłacało. Upadek tej części biznesu komputerowego był jeszcze bardziej brzemienny w skutki niż oszałamiający, ale całkowicie bezmyślny rozwój handlu komputerowego. Przedsiębiorcy i pracownicy tych ambitnych firm po wszystkich przygodach z prowadzeniem nierentownego, nastawionego na przyszłość interesu i po rezygnacji ze swoich ambitnych planów powiedzieli sobie "nigdy więcej romantycznych porywów, tylko zimny zysk" i zostali handlowcami u innych, często powstających już przedstawicielstw zagranicznych koncernów. Tylko bardzo nieliczni uratowali się, znajdując zagranicznego inwestora lub prowadząc biznes bardzo profesjonalnie.

Jest to tak ogromna strata, ponieważ posiadali oni bezcenny potencjał twórczości i wynalazczości. Każdy inżynier, który pod koniec socjalizmu pracował nad którymś z tych szalonych komputerowych przedsięwzięć, może wyliczyć dziesiątki, setki pomysłów, które pomagały pokonać ówczesne ograniczenia, podpatrzyć i poprawić zachodnie, zrobić taniej i szybciej, nie dać się biurokracji i głupim szefom. To wszystko poszło na marne, co gorsza, zostało zdewaluowane i do dzisiaj mało kto docenia tamtą twórczość. Inżynierowie też jej nie przypominają, bo pozostała w nich uraza, że na tym nie da się zarobić. Prawdą natomiast jest tylko to, że nie dawało się zarobić w ówczesnych okolicznościach, a nie w ogóle. Zresztą nie są oni dzisiaj najmłodsi, nikt więc nie wierzy w ich siłę ducha i wiedzę.

To straszna głupota współczesnych czasów.

Po tamtej epoce zostały nam zatem liczne grupy dystrybutorów, dilerów i handlowców nastawionych na wielki zysk, niewiara w sens inwestowania i twórczej pracy, brak podstawowych umiejętności budowania wartości dla klienta.

Efekt kuli śnieżnej

Biznes handlowy w sferze informatyki ma jednak tę wadę, że szybko wyczerpują się szeregi potencjalnych klientów, jeśli pozostawi się ich samym sobie, to znaczy, jeśli oferuje się im sprzęt i licencje bez pomysłu, jak to wykorzystać do rozwiązania jakiegoś ważnego wewnętrznego problemu. Firmy informatyczne mają więc do wyboru trzy strategie: uczyć klienta zastosowań informatyki, ucząc się razem z nim jak je wdrażać, ciągle rzucać na rynek nowości, nie przejmując się, że poprzednich pomysłów i narzędzi informatycznych rynek nie wykorzystał, porzucić wszelką myśl o specjalizacji i wyrabianiu sobie marki, natomiast łapać każdy interes, który się nadarzy. Co mogła wybrać branża zdominowana przez handel i sfrustrowanych naukowców? Na co mogły zdecydować się firmy prowadzące "biznes chwili" - bez zasobów i ubezpieczenia na wypadek kłopotów? Zdecydowały się na rozwój spontaniczny, czyli trzecią z wymienionych dróg.

Posuwały się do przodu jak kula śnieżna, zajmując się wszystkim do czego była okazja i co dawało pieniądze. Było to do pewnego stopnia zgodne z polską mentalnością, zgodnie z którą człowiek powinien być wszechstronny, radzić sobie w każdej sytuacji i przy dużej dozie szczęścia wyjść z każdej opresji obronną ręką. Strategia "kuli śnieżnej" powodowała stałe powiększanie się wielkości obrotów, zatrudnienia, dziedzin działalności. Dalej kontynuowany był wymóg wysokiego zysku. Ale były to kolosy na glinianych nogach.

Realizowały - "na wariata" - projekty dla klientów, uczyły się coraz więcej, ale nie utrzymywały zasobów (ludzi, kompetencji, dokumentacji) do kontynuacji i pogłębiania tej współpracy, bo nie sposób ich było utrzymywać przy takiej wszechstronności. Zatem i ta bezcenna nauka poszła w las. Firmy informatyczne w dalszym ciągu nie były nastawione na budowanie wartości dla klienta, a jedynie na zawieranie kolejnych kontraktów. Mówią o sobie, że stają się coraz bardziej firmami usługowymi, co wcale nie świadczy, że takimi istotnie były. Za chwilę klient jednak zmądrzeje - kontakty zagraniczne, gra na otwartym rynku, zachodni inwestorzy - i trzeba będzie mu ją zaoferować. Firmy informatyczne wymyślą wówczas integrację, a także wspólną ofertę tzw. grup firm.

Zanim jednak zaczną wykorzystywać ten pomysł, rozwinie się jeszcze jeden rodzaj firm, na marginesie firm typu "kula śnieżna". Są to firmy wyspecjalizowane w jednym produkcie, którego są autorem, lub grupie podobnych produktów, lub producenta, którego reprezentują.


TOP 200