Z dala od cywilizacji

La Paz leży na wysokości 4000 m n.p.m. 250 km stąd zaczyna się dorzecze Amazonki. Pomiędzy nimi łańcuch gór Cordillera Real.

La Paz leży na wysokości 4000 m n.p.m. 250 km stąd zaczyna się dorzecze Amazonki. Pomiędzy nimi łańcuch gór Cordillera Real.

Dla boliwijskiej gospodarki bariera nie do pokonania. Jest droga, ale tylko jedna. Szutrowa. Druga jest w budowie. Za pieniądze Banku Światowego. Asfaltowa. Ale brakuje pieniędzy na tunel. A bez tunelu, na drogę można sobie tylko popatrzeć. Na razie pozostaje przejazd starą "drogą śmierci". Tak nazywają ja wszyscy. Ci z Banku Światowego także.

Po dwóch godzinach od La Paz kończy się twarda nawierzchnia. Kończy się też jazda po równym. Teraz jest już tylko w dół. Wąska półka skalna. Szeroka na jeden samochód. A raczej na jeden rozstaw osi. Po prawej, pionowo do góry ściana tropikalnego lasu. Autobus do niej przytulony. Gałęzie szorują po karoserii. Czasami spadnie z góry jakiś kamień. Czasami leją się strugi wody. Na lewo pionowa ściana w dół. Urwisko. Żeby zobaczyć krawędź drogi, trzeba się nieźle wychylić przez okno. Czasami w ogóle jej nie widać. Znika pod podwoziem samochodu.

Na drodze małe wybrzuszenie. Mijanka. My mamy kierownicę po lewej stronie drogi. Lepiej widzimy urwisko od tych, którzy jadą pod górę. Więc to my zjeżdżamy na lewo. Na sam skraj przepaści. Statystycznie co dwa tygodnie jeden autobus pogrąża się w otchłani. Najczęściej za sprawą kierowcy, który jednym głębszym poprawia sobie wyczucie skraju drogi.

Po 24 godzinach jesteśmy w Rurrenabaque. U progu amazońskiej dżungli i bezkresnej pampy. Dalej jedziemy jeepem. 120 km w 5 godzin. Pogrążeni w pyle i kurzu. Samochód po osie w błocie. A potem łódka. Rzeka nie wygląda na specjalnie dziką. Tak nam się wydaje, dopóki nie uczymy się wypatrywać aligatorów. Nie ma 10 metrów bez wystających nad wodą par oczu. Stan wody raczej niski. Na zakolach rzeki mielizny. Osiadamy na jednej z nich. Patrzymy na przewodnika. Nie żartuje. Mamy wyskakiwać z łódki. No to hop!

Następnego dnia idziemy szukać węży. Pierwszego przewodnik łapie "na buta". Wyciąga go za ogon z dziupli drzewa. Podstawia mu podeszwę. Ten wbija w nią zęby jadowe. Przewodnik szybkim ruchem ręki chwyta go u nasady głowy. Lekko przydusza i ten puszcza but. Czas na pamiątkowe zdjęcie.

Drugiego węża łapiemy "na kija". Przewodnik brodzi w wodzie. Długim, grubym kijem przeczesuje przed sobą wodę. Sprawdza, czy coś nie kryje się na dnie. Kryło się. Owinęło się wokół kija. Szybki wymach kijem i wąż ląduje na brzegu. A dalej już metodą "na buta". I po pamiątkowym zdjęciu.

A potem spacer po dżungli. Robale duże i małe. Kora drzewa dobra na reumatyzm. I kora na bóle brzucha. Liście na znieczulenie. I na bóle głowy. Soki drzewa dobre do zatrucia grotów strzał. I dobre do wypicia. Jest fajnie. Jest dziko.

Tylko że kucharz ma radio. Anglicy się cieszą. Ich narodowa jedenastka zakwalifikowała się do mundialu. Szkoci też się cieszą. Celtic wygrał kolejny mecz w Lidze Mistrzów. Kucharz też się cieszy. Co rano informuje nas, co nowego zbombardowali Amerykanie. W sąsiednim obozie Hiszpanie są niezadowoleni. Są z Izraelitami. A ci się alienują. Ale Izraelici też są niezadowoleni. Nie widzieli dzikich zwierząt. Ktoś im chyba zapomniał wytłumaczyć, że to nie zoo. U nas Szkot cieszy się już na powrót do Rurre. Musi sprawdzić transakcje na karcie kredytowej. Francuzi są w podróży poślubnej, więc nic ich nie rusza. A ja myślę o felietonie.

I tak mija kolejny tydzień podróży. Niby z dala od cywilizacji, a ciągle blisko niej.

Boliwia, Rurrenabaque, 13 października 2001 r.

<hr>

wserwinski@yahoo.com


TOP 200