Wyzwania dla poczty

W półtora wieku po pojawieniu się pierwszego znaczka pocztowego, przedstawiającego wizerunek królowej Wiktorii, jesteśmy świadkami narodzin znaczka elektronicznego. W przeciwieństwie do poprzedników nie jest to cieszący oko kolorowy obrazek, będący atrakcją dla zbieraczy, ale siermiężny wydruk zakodowanych cyfr. Czy oznacza to zmierzch filatelistyki?

W półtora wieku po pojawieniu się pierwszego znaczka pocztowego, przedstawiającego wizerunek królowej Wiktorii, jesteśmy świadkami narodzin znaczka elektronicznego. W przeciwieństwie do poprzedników nie jest to cieszący oko kolorowy obrazek, będący atrakcją dla zbieraczy, ale siermiężny wydruk zakodowanych cyfr. Czy oznacza to zmierzch filatelistyki?

Komputery wszystkich krajów łączcie się!

Gdyby zapytać, jaki trend zdominował współczesną informatykę, to zapewne odpowiedzią mogłoby być właśnie powyższe hasło. Wszechświatowy system połączeń teleinformatycznych, popularnie określany mianem Internetu, zmienia oblicza kolejnych dziedzin naszego życia. Pierwotnie, jak większość wynalazków XX w., system powstawał w znacznej mierze dla potrzeb wojskowych. Później, coraz powszechniej zaczęto korzystać z tego medium w celu wymiany informacji. A obecnie poczta elektroniczna należy do najpopularniejszych zastosowań Internetu.

Następnie przyszedł czas na coraz bardziej wyrafinowaną rozrywkę. Dziś Internet umożliwia hazardzistom nawet grę w wirtualnych kasynach, bez wychodzenia z domu. Pomińmy, ze zrozumiałych względów, stosowne adresy, informując jedynie potencjalnych graczy, że w takiej zabawie za jedno kliknięcie myszką można zapłacić nawet ok. 100 USD. Kolejna fala internetowego rozwoju jest związana z gospodarką. Rośnie wolumen elektronicznych zakupów. Widać to wyraźnie zwłaszcza w przypadku standardowych wyrobów i usług (płyty kompaktowe, bilety). Również i w naszym kraju bankowość rozpoczyna oferowanie usług elektronicznych.

Co potem? Wciąż przyszłościową fazą rozwoju Internetu pozostaje sfera poliktyki (elektroniczna demokracja bezpośrednia). W naszym kraju wymagałoby to wprowadzenia, znanych za granicą, regulacji prawnych, umożliwiających wybory drogą pocztową (listownie). Przyjrzyjmy się tymczasem zupełnie innej dziedzinie, a mianowicie poczcie. Z dawnych szyldów: poczta, telegraf, telefon, tylko ten pierwszy wyraz zachowuje jeszcze pełnię blasku. Na razie. W dobie faksów i poczty elektronicznej maleje potrzeba telegrafowania. Łączność komórkowa jest również coraz poważniejszą konkurencją dla tradycyjnej telefonii przewodowej. Ale po znaczki to chyba już zawsze będziemy musieli chodzić na pocztę. Czy na pewno?

Medytacje wiejskiego listonosza

"Poczciarze, zejdźcie z drogi, bo Internet jedzie". Tak można by sparafrazować słowa znanego niegdyś przeboju. Oto bowiem amerykańska poczta wprowadziła na rynek znaczki elektroniczne. Kronikarze rozwoju naszej cywilizacji mogą tu odnotować datę 31 marca 1998 r. W tym dniu kalifornijska firma E-STAMP otrzymała zgodę na rozpowszechnianie znaczków "z komputera". Jak właściwie wygląda takie cudeńko? Podobnie jak w przypadku znaczka konwencjonalnego, również walory elektroniczne prędzej czy później muszą znaleźć się na przesyłce, którą wrzucimy do zwykłej skrzynki pocztowej.

Znaczek elektroniczny to po prostu komputerowy wydruk, którego centralną częścią jest tzw. dwuwymiarowy kod paskowy, będący zaawansowaną odmianą kreseczek połączonych z cyframi, jakie odnajdziemy niemal na każdym produkcie. Dodajmy jedynie, że w przypadku Polski początkiem liczby skojarzonej z paskami jest najczęściej 59. Paskowy identyfikator znaczka zawiera kilkanaście informacji. Niektóre z nich są także podane "otwartym tekstem", np. stempel elektroniczny. Inne występują tylko w formie zakodowanej (podpis elektroniczny). Czy zatem, aby wysłać list z e-znaczkiem, wystarczy włożyć kopertę do drukarki, kliknąć myszką, i po wydrukowaniu wrzucić do skrzynki? Tak właśnie się dzieje, ale nasuwa się w związku z tym wiele pytań, wymagających komentarza.

Przede wszystkim nasz komputer powinien być wyposażony w odpowiednie oprogramowanie do drukowania znaczków elektronicznych. Następnie zaopatrujemy się w zestaw e-znaczków, płacąc określoną cenę (maksymalnie 500 USD). Teraz, w zależności od potrzeb, możemy drukować nasze znaczki w domu. No dobrze, ale kto zagwarantuje, że raz zakupiony znaczek nie zostanie wydrukowany wielokrotnie?

Z jednej strony, w sposób automatyczny, kontrolę wydrukowanych znaczków, z których każdy jest unikatem, przejmuje oprogramowanie. Z drugiej zaś, system wymaga nowoczesnych, pocztowych maszyn sortujących i skanujących, które mogą wykryć pojawienie się w obiegu duplikatu bądź fałszywki. Interesującym wariantem tej procedury jest ściąganie e-znaczków bezpośrednio z Internetu, co powoduje odpowiednie obciążenie naszego konta bankowego, nie musimy wówczas kupować znaczków na zapas.

Wydruk w powietrzu

Podstawą bezpieczeństwa transmisji elektronicznych znaczków jest 128-bitowy system kryptograficzny. Trudno tu mieć zastrzeżenia. Co się jednak stanie, gdy zakupiony znaczek nie da się wydrukować? Powiedzmy, że papier opuści drukarkę zmięty czy poszarpany, w każdym razie nie będzie się kwalifikował do dalszego użytku. W takich sytuacjach można otrzymać od dystrybutora znaczek zastępczy. Widać jednak wyraźnie, jak ważna rola przypada oprogramowaniu kontrolującemu poprawność procesu drukowania. Musi ono być pewne, że papier jest w drukarce, a system jego transportowania zadziałał prawidłowo.

W opisywanym systemie ewentualne straty wynikłe z nieprawidłowego drukowania znaczków nie muszą być znaczne. Warto jednak pamiętać, że system może być także instalowany w sieciach lokalnych, co oznacza, iż drukarka sieciowa nie zawsze znajduje się w zasięgu wzroku użytkownika, poza tym możemy też chcieć wydrukować jednorazowo większą liczbę znaczków. Mimo to skutki braku papieru w drukarce (porządne oprogramowanie reaguje na taki stan rzeczy natychmiast) nie byłyby tutaj tak drastyczne, jak w przypadku jednej z firm europejskich, która potwierdziła zamówienie znacznej ilości towaru w USA, nie mając zamiaru go kupić.

Rzecz w tym, że owo potwierdzenie wysłał automatycznie system komputerowy, co zwykle wystarczało kooperującym ze sobą przedsiębiorstwom. Nie byłoby problemu, gdyby odpowiedzialny pracownik zobaczył odpowiedni wydruk - można by "ręcznie" odwołać transakcję. Dokument jednak nigdy nie ujrzał światła dziennego, ponieważ w stosownej drukarce zabrakło papieru do sporządzenia protokołu. No cóż, pewnego dnia na nabrzeżu jednego z europejskich portów planowo pojawił się statek, którego kapitan dziwił się, że nikt go nie wita. Zdziwienie jego było tym większe, że nie było chętnych do rozładunku. Sprawa oczywiście się wyjaśniła. Po drodze był wszakże proces sądowy i koszty błędu, które musiała ponieść zamawiająca firma, odpowiedzialna za prawidłowe działanie własnych komputerów i drukarek.

Wracając do znaczków, dodajmy jeszcze, że niezbędne oprogramowanie, zgodnie z oczekiwaniami, nie ma większych wymagań, co do konfiguracji sprzętowej, sterowanej co najmniej procesorem 486. Użytkownik ma również do dyspozycji opcje tworzące raporty wykorzystania znaczków, możliwe jest także kontrolowanie prawidłowości stosowanych adresów (baza danych), a także automatyczne obliczanie ceny potrzebnego znaczka. Ta ostatnia funkcja, interesująca w przypadku cięższych bądź niestandardowych przesyłek, wymaga podłączenia do komputera specjalnej wagi.

Listy bez papieru

Moment ostatecznego wyrzucenia papieru na informatyczny śmietnik historii jest jeszcze dość odległy. Na razie doskonale udaje nam się zastępowanie kilometrowych wydruków w centralnych ośrodkach obliczeniowych wydrukami lokalnymi i "tylko" metrowymi, a to przemnożone przez liczbę drukarek i współczynnik WDWWW (Wolność Drukowania Według Własnego Widzimisię), co najmniej, na jedno wychodzi.

Warto się zatem dwa razy zastanowić nad każdą elektronicznie zapamiętaną informacją zanim ją wydrukujemy. Po prostu papier z trudem daje się przetwarzać maszynowo. Owszem, można go teoretycznie skanować, ale to oznacza konieczność ewentualnych korekt ręcznych. Spróbujmy dać komuś wydruk tabeli przygotowanej w Excelu, a zobaczymy jak szybko uda mu się ją przetworzyć na diagram słupkowy czy kołowy. Jeśli zamiast papieru przekażemy na zewnątrz stosowny plik XLS, czynność sprowadzi się do kilku kliknięć myszką. Co wspólnego mają te truizmy z e-znaczkami? Tylko tyle, że można też wysyłać elektroniczne listy, nie martwiąc się o znaczki.

Na razie większość mieszkańców naszej planety ma jedynie adresy "papierowe", do których droga wiedzie za pośrednictwem metalowych skrzynek z napisem poczta. Ale czy z tego powodu rosnąca społeczność nadawców elektronicznych jest skazana na drukowanie listów, przygotowanych komputerowym edytorem, przed ich wysyłką? A co ma zrobić agencja reklamowa, która chce dotrzeć do tysięcy adresatów, a listy zostały zgrabnie przygotowane przez programowe procedury, wpółpracujące z bazą danych? Czy musi mieć własny dział pocztowy? Niekoniecznie.

Warto zastanowić się nad ideą hybrydowej korespondencji elektroniczno-papierowej. W takim przypadku elektronicznie przygotowaną przesyłkę można by przesłać na odpowiedni adres elektroniczny, udostępniany przez pocztę (niekoniecznie musi być to państwowy monopolista). Resztę przejmuje poczta, a konkretnie wydrukowanie przesyłki, jej zakopertowanie, ofrankowanie i dostarczenie do "papierowego" odbiorcy. Niektóre z tych czynności da się dość dobrze zautomatyzować, co powinno prowadzić do obniżki kosztów przesyłki. A co z papierem firmowym, elegancką kopertą, a może nawet ładnym okolicznościowym znaczkiem (i takim szczegółem można zainteresować klienta!).

Ależ do poczty elektronicznej można "podpiąć" załącznik, zawierający layout dokumentu, i informacje, dotyczące jakości papieru czy formatu kopert. No tak, w tym wariancie, u dołu będzie widniał jedynie "elektroniczny" podpis prezesa, ale w końcu nie jest to nic niezwykłego, przy masowo przygotowywanej korespondencji. Zastępowanie transportu papierowej materii jej elektronicznym odpowiednikiem, co najmniej na takim odcinku drogi, na jakim jest to możliwe, oznacza dalsze obniżenie kosztów przesyłki.

Co dzieje się dzisiaj z listem wysyłanym np. ze Szczecina do Rzeszowa? Wędruje on całe dnie i noce w workach pocztowych wagonów czy na innych ciężarówkach. A można wysłać bity i bajty łączami elektronicznymi od razu lokalnym urzędom pocztowym - będzie i szybciej, i taniej. Nie mówiąc już o tym, że elektronicznych przesyłek nie wyrzuci do Wisły nieuczciwy listonosz, po ich otwarciu w poszukiwaniu pieniędzy. Oczywiście rozdział przesyłek elektronicznych może również przejąć poczta. Przy czym, jak wspomnieliśmy, słowo "poczta" należy tu traktować hasłowo, równie dobrze pod tym pojęciem można rozumieć firmę kurierską. Efekty elektroniczno-papierowej hybrydy mogą być jeszcze ciekawsze w korespondencji międzypaństwowej czy międzykontynentalnej.

Poczta, telegraf i komórka

Oczywiście powszechne wdrożenie opisywanych idei wymagałoby współdziałania, a przede wszystkim większej elastyczności ze strony państwowych monopolistów pocztowych. Należy mieć jednak nadzieję, że każde społeczeństwo prędzej czy później zacznie mieć dość wysokich cen, wymuszanych za usługi marnej jakości - a takie są efekty porównań firm państwowych z prywatnymi. Wystarczy porównać cny usług telekomunikacyjnych w różnych krajach, a wyzwań dla monopolistycznych molochów pocztowo-telekomunikacyjnych będzie coraz więcej.

Jednym z nich jest telefonia komórkowa. Obserwacja światowego rynku w tej dziedzinie wykazuje wielką konkurencję, której efektem jest ciągły spadek cen za połączenia. Pomińmy koszt standardowej "komórki". Jest to jednorazowy i stosunkowo niewielki wydatek. Tyle, że dzisiaj ceny za rozmowy komórkowe przewyższają z reguły koszt połączeń telefonią konwencjonalną. Operatorzy telefonii komórkowej nie ukrywają, że ich celem jest obniżenie cen połączeń, tak aby uczynić je bardziej atrakcyjnymi nawet dla przeciętnych użytkowników. W praktyce oznaczałoby to potężną redukcję liczby konwencjonalnych aparatów telefonicznych, a tym samym znacznie zmniejszyłaby się liczba prowadzonych przy ich użyciu rozmów.

Już dzisiaj maleje potrzeba korzystania z konwencjonalnego telefonu. Istnieją także przykłady oryginalnych krajowych rozwiązań telekomunikacyjnych w sferze komercyjnej. Można je zobaczyć, udając się do punktu totolotka.

Już na początku lat 90., kiedy nasz kraj na pewno nie przypominał w sferze telekomunikacji kwitnącego ogrodu, firma Gtech/Grytek przystąpiła do tworzenia własnej infrastruktury teleinformatycznej, korzystającej z radiolinii połączonych z łączami satelitarnymi. W ten sposób zintegrowano kilka tysięcy lotomatów (dedykowanych konfiguracji komputerowych) w całej Polsce. Wystarczy powiedzieć, że nasze rozwiązania mogły budzić uznanie również na zachód od Odry i Nysy.

Innym wyzwaniem dla tradycyjnych firm telekomunikacyjnych stanie się także telefonia internetowa. Jej jakość będzie nadal rosła. Oczywiście taka technologia zyska na atrakcyjności, wtedy gdy spadną ceny za korzystanie z Internetu. Istnieją praktyczne modele rozwiązań pokazujące, że możliwe jest pobieranie minimalnych cen za świadczenie takich usług, do ich niemal darmowego oferowania włącznie (USA). Ale i wtedy "wąskim gardłem" w procesie uniezależniania się od telekomunikacyjnych monopolistów pozostaje "ostatni kawałek kabla", czyli fragment łącza bezpośrednio trafiającego do użytkownika (modem podłączony do sieci telefonicznej bądź system ISDN). W sukurs, zwłaszcza przedsiębiorstwom, może przyjść tu "Internet z kosmosu", czyli korzystanie z łączności satelitarnej.

Po co to wszystko?

Oczywiście również korzystanie z e-znaczków zyskałoby na atrakcyjności w miarę obniżania cen usług internetowych. Czy w tym zakresie nie wystarczyłaby jednak dotychczasowa technologia? No cóż, każdy z drobiazgów składających się na nasze życie można by pozostawiać bez zmian zgodnie z zasadą: "Tak było od zawsze". W tym przypadku zresztą istnieje konkretna alternatywa w postaci maszyn do frankowania listów. Urządzenia te są jednak opłacalne dopiero dla większych firm. E-znaczki są natomiast przeznaczone głównie dla tzw. rynku SOHO (Small Offices, Home Offices), czyli firm małych i domowych.

Przechodzenie do społeczeństwa usługowego i informacyjnego powoduje, że rynek ten szybko rośnie. Wiedzą o tym znane firmy informatyczne. Wśród udziałowców E-STAMP znajduje się zarówno gigant telekomunikacyjny - AT&T, jak i główny producent oprogramowania dla komputerów osobistych - Microsoft. Wtórują im inni wielcy: Compaq i Hewlett-Packard.

Nic nie stoi na przeszkodzie, aby z dobrodziejstw nowej technologii mogli korzystać także najzwyklejsi zjadacze internetowego chleba. Warto zwrócić uwagę, że e-znaczki można stosować do innych celów niż pierwotnie zakładano. Znaczek, który da się przesłać siecią teleinformatyczną, może pełnić rolę uniwersalnego waloru płatniczego. Mamy tu więc do czynienia ze swego rodzaju pieniądzem elektronicznym. Nowe pieniądze mają bardzo ważną cechę, jakiej nie ma konwencjonalny wynalazek Fenicjan. Mogą być mianowicie użyte do rozliczania tzw. mikropłatności, czyli w obrocie kwotami mniejszymi niż dopuszczalne nominały monet czy banknotów względnie na tyle małymi, że nie opłaca się ich rejestracja, księgowanie bądź przelewy, dokonywane tradycyjnymi metodami.

Wyobraźmy sobie, że oferujemy ciekawą informację w Internecie, która może być interesująca dla miliona odbiorców. Stajemy wówczas przed problemem: być może opłaciłoby się ściągnąć od każdego odbiorcy złotówkę za jednorazowy dostęp do informacji, ale kto byłby gotowy tyle zapłacić? Jeśli natomiast ceną za ów dostęp byłoby choćby pół grosza, to transakcja stałaby się bardziej opłacalną dla większej liczby osób, a ten mikropieniądz pomnożony przez milion dałby w tym przypadku okrągłe 5000 zł. Problemy związane z dystrybucją i kontrolą prawidłowego korzystania ze znaczków elektronicznych mają zatem wiele wspólnego z tworzeniem standardów umożliwiających stosowanie innych wartościowych walorów w cyberprzestrzeni. Widać więc, że idea znaczka elektronicznego jest tylko fragmentem przełomu dokonującego się w technice przeprowadzenia transakcji finansowych.

Dr inż. Jarosław Badurek jest pracownikiem koncernu Unilever, naukowo współpracuje z Politechniką Gdańską.