Wyższa Szkoła Pomysłowości

W czasach realnego socjalizmu, a więc gospodarki biurokratycznej i na rozkaz, sądzono, że przedsiębiorczość jest naturalnym instynktem człowieka, a przynajmniej większości ludzi.

W czasach realnego socjalizmu, a więc gospodarki biurokratycznej i na rozkaz, sądzono, że przedsiębiorczość jest naturalnym instynktem człowieka, a przynajmniej większości ludzi.

W latach osiemdziesiątych to przekonanie było niemal obowiązkowym fragmentem opozycyjnego światopoglądu bez względu na to, czy ktoś rzeczywiście miał zamiłowanie do działalności gospodarczej czy nie wykazywał w tym kierunku żadnych umiejętności i aspiracji. Wręcz lubowano się w różnych spektakularnych porównaniach instynktu przedsiębiorczości, np. do trawy, która wyrasta nawet w wąziutkich szczelinach między płytami chodnika ulicznego. Miały obrazować witalność i naturalność działalności przedsiębiorców. Co prawda nadal pogardliwie mówiono o konkretnych, znanych sobie przedstawicielach prywatnej inicjatywy (to też historyczny zwrot), że to badylarze, handlarze i prywaciarze, i nie było w tym cienia sympatii. Widać czym innym był podziw dla pewnych umiejętności, czym innym szacunek dla człowieka, który te umiejętności posiada, używa ich i na dodatek ma z tego niebagatelną korzyść.

Wydawałoby się, że dzisiaj to wszystko jest bez znaczenia, że ta historia i ten schizofreniczny stosunek do działalności biznesowej nie ma żadnej kontynuacji, bo zmienił się ustrój. W ustroju rynkowym wolność gospodarowania i osobista inicjatywa przedsiębiorców jest formalną zasadą stosunków społecznych i ekonomicznych, a nie przedmiotem refleksji ideowej. Nad czym więc tu dumać? Może nawet i nie byłoby specjalnie nad czym, gdyby nie to, że po 10 latach kapitalizmu wiemy już na pewno, iż nie ma czegoś takiego, jak instynkt przedsiębiorczości, naturalny, nieugięty, niemal jak przeznaczenie. Nie jest prawdą, że są ludzie urodzeni do biznesu i bez względu na warunki zawsze będą wykonywać ten zawód - czy raczej w starym rozumieniu tej działalności - powołanie. A nawet powiedziałabym, że jest odwrotnie - nabycie kwalifikacji do przedsiębiorczości - psychicznych, emocjonalnych, merytorycznych - jest przedmiotem wielu skomplikowanych - kosztownych! - zabiegów, a i tak nie zawsze uwieńczonych satysfakcjonującym końcem.

Podam tylko jeden przykład - nowe wyższe szkoły kształcące biznesmenów. W pierwszym początkowym okresie kapitalizmu powstało ich kilkanaście, niemal wszystkie miały w nazwie "zarządzanie". Z założenia miały uzupełniać naturalną wiedzę przedsiębiorców o tym, na czym robić interesy, wiedzą z dziedziny prowadzenia finansów, marketingu czy budowania zespołu pracowniczego. Mało kto wpadł ma pomysł, żeby uczyć ich przedsiębiorczości. Ale później rozpoczęła się ekspansja słowa "przedsiębiorczość" - coraz więcej nowych uczelni miało je w nazwie. Teraz jest to chyba większość szkół wyższych przeznaczonych dla biznesmenów, bo takie jest zapotrzebowanie na kształcenie od podstaw. A ostatnio pojawiają się nawet wyższe szkoły działalności gospodarczej. Jeszcze moment i powstanie wyższa szkoła pomysłowości. Ta ewolucja nazewnictwa - i w dużej mierze także programu nauczania - jest jednym z lepszych dowodów na to, iż praktyka kapitalizmu spowodowała szybkie i - sądzę - bolesne odmitologizowanie pojęcia instynktu przedsiębiorczości.

Ale skąd się wzięło to początkowe przekonanie? Myślę, że ma banalną przyczynę. Otóż za przedsiębiorczość wzięliśmy naszą zapobiegliwość, umiejętność radzenia sobie w trudnych czasach. To rzeczywiście jest nasza - chciałoby się rzec - naturalna cecha, ponieważ jej ukształtowaniu i upowszechnieniu sprzyjała nasza historia. W lepszych czasach zapobiegliwość szła w parze z całkiem już naturalnymi cechami ludzkimi: pazernością, chciwością, chęcią bogacenia się. Ale zapobiegliwość jest czym innym niż przedsiębiorczość. Przedsiębiorczość polega na współpracy z otoczeniem po to, aby osiągnąć zysk, a zapobiegliwość (bądź pazerność) polega na działaniu przeciw otoczeniu po to, aby osiągnąć dobrobyt albo chociaż możliwość przetrwania. Różnica między zapobiegliwością a przedsiębiorczością polega zatem na stosunku do otoczenia. Jednak i druga umiejętność ma rodowód społeczny, historyczny. Uczenie przedsiębiorczości nie jest zatem zadaniem dla specjalistów od finansów czy marketingu. Jest zadaniem dla humanistów, znawców historii i kultury, którzy muszą przełamać w nas postawy obronne, a zbudować prospołeczne, kooperacyjne.