Wyszukana konkurencja

Rywalizacja pomiędzy Google a Microsoft wykracza daleko poza rynek usług wyszukiwawczych. Prześcigają się w pomysłach na nowe usługi, a ostatnio zaciekle walczą o pracowników.

Rywalizacja pomiędzy a wykracza daleko poza rynek usług wyszukiwawczych. Prześcigają się w pomysłach na nowe usługi, a ostatnio zaciekle walczą o pracowników.

Wbrew powszechnym wyobrażeniom oferta Google nie ogranicza się do jednego produktu - bezkonkurencyjnej wyszukiwarki internetowej. W skład portfolio spółki wchodzi m.in. system poczty elektronicznej Gmail, którego użytkownicy mogą korzystać ze skrzynki pocztowej mogącej pomieścić listy i załączniki o łącznej objętości 2 GB! Google oferuje także rewelacyjną aplikację do przeszukiwania lokalnych zasobów komputera, program do katalogowania i edycji fotografii cyfrowych (Picasa) oraz popularny system umożliwiający tworzenie blogów (Blogger). Praktycznie co miesiąc pojawia się nowa usługa adresowana do szerokich rzesz użytkowników Internetu.

Zarabiając krocie na reklamach, Google oferuje swoje usługi bezpłatnie. Model ten wydaje się niezagrożony, bo rynek reklamy internetowej wart obecnie ok. 5 mld USD rośnie w dwucyfrowym tempie.

Google rośnie w siłę - przed tygodniem spółka ogłosiła imponujące wyniki za drugi kwartał roku finansowego 2005 - nie ukrywa, że konfrontacja z Microsoftem jest nieunikniona. Dlatego do korzystania z serwisów i aplikacji Google użytkownicy wcale nie potrzebują ani Windows, ani Office. To oczywiście Microsoftowi nie może się podobać.

Gonić lidera

Wyszukana konkurencja

<b>Larry Page</b> i <b>Sergey Brin</b>, współzałożyciele Google, pierwszy odpowiada obecnie za nowe produkty, drugi za nowe technologie.

Kiedy Google wprowadzał na rynek nowe usługi, by spełnić obietnice złożone inwestorom, którzy sfinansowali ubiegłoroczny debiut giełdowy, usilnie pracował, by nadrobić dystans dzielący go od rywala w dziedzinie technologii wyszukiwawczej. Ogłoszono, że na badania, rozwój i marketing zostaną przeznaczone setki milionów dolarów. Na razie wysiłki Microsoftu nie przełożyły się na efekty rynkowe. Udział firmy w globalnym rynku usług wyszukiwawczych wynosi zaledwie 13%. Google o kilka kroków wyprzedza Microsoft, ale w tym wyścigu nie ma miejsca na odpoczynek.

Udostępniony przed kilkoma miesiącami serwis Google Maps pozwala na zapoznanie się z mapą i zdjęciami satelitarnymi wybranych lokalizacji. Dostarcza informacji o optymalnych trasach przejazdów pomiędzy dwoma wybranymi miejscami, umożliwia odszukanie na mapie wybranych sklepów, restauracji i hoteli. Potencjalnie to szansa na zwielokrotnienie zysków Google. Lokalnych reklamodawców powinno być łatwo skusić obietnicą precyzyjnego adresowania przekazu marketingowego wyłącznie do tych osób, które poszukują produktów czy usług w określonej okolicy.

W odpowiedzi Microsoft uruchomił konkurencyjny serwis - MSN Virtual Earth (http://www.virtualearth.com ). Firma zdaje sobie sprawę, że aby konkurować z Google musi wprowadzać do swoich produktów nowatorskie funkcje. Taką ma być zapowiadana na wrzesień br. możliwość oglądania zdjęcia wybranego obszaru nie tylko "z góry", ale także "z boku" pod kątem 450. Dzięki temu możliwe będzie nie tylko obejrzenie dachów budynków, ale także ich fasad. Będzie to unikalna funkcja Virtual Earth. Oczywiście pod warunkiem, że do tego czasu Google nie wzbogaci swojego serwisu.

Ciekawą funkcją dostępną wyłącznie w MSN Virtual Earth jest możliwość lokalizacji z wykorzystaniem sieci WiFi. We współpracy z partnerami Microsoft zbudował bazę adresów MAC routerów zawierającą dane na temat ich lokalizacji. Użytkownik może w każdej chwili przekonać się o swoim położeniu dzięki aplikacji Location Finder, która wyszukuje w bazie danych punkty dostępowe WiFi, a następnie precyzyjnie określa lokalizację w oparciu o siłę sygnału pochodzącego z poszczególnych punktów. Technologia może zainteresować użytkowników wykorzystujących komputery kieszonkowe lub inteligentne telefony komórkowe.

Virtual Earth nie został zbudowany od zera. W serwisie wykorzystano wcześniejsze produkty Microsoft - MapPoint (popularną usługę służącą do wskazywania klientom lokalizacji) oraz TerraServer (bazę danych obrazów satelitarnych, które Microsoft posiadał od 10 lat).

Kłopoty z lojalnością

Microsoft rywalizuje z Google nie tylko na pomysły, ale także o pracowników. Obecnie w Google pracują nie tylko ludzie, którzy przez lata walczyli z Microsoftem na innych barykadach, jak dyrektor wykonawczy Eric Schmidt, który pracował w Sun Microsystems i Novellu, czy szef działu sprzedaży reklam Omid Kordestani, który pracował w Netscape. Jest wśród nich ponad setka byłych pracowników Microsoftu. Jednym z najbardziej prominentnych jest Marc Lucovsky, jeden z głównych architektów Windows.

Chcąc zapobiec odejściu kolejnych, Microsoft wytoczył ciężką artylerię. Niedawno pozwał Google do sądu za to, że spółka zatrudniła kolejnego jego ekspracownika Microsoftu. Dr Kai-Fu Lee, który dołączył do Google, by współkierować biznesem w Chinach, złamał umowę o zakazie konkurencji. Do niedawna dr Kai-Fu Lee - znany ze względu na swoje prace w obszarze rozpoznawania mowy i sztucznej inteligencji - był jednym z wiceprezesów Microsoftu. Kierował grupą Natural Interactive Services Division. Microsoft domaga się, by sąd skutecznie uniemożliwił byłemu pracownikowi i firmie Google namawianie do zmiany miejsca pracy innych zatrudnionych obecnie w Microsoft.

Na marginesie warto dodać, że nie jest to pierwszy proces wytoczony przez Microsoft wobec swojego byłego pracownika i zatrudniającej go konkurencyjnej firmy. Jeden z głośniejszych przypadków miał miejsce w 2000 r. Dotyczył Adama Boswortha, który naruszył umowę, kiedy wspólnie z grupą innych pracowników Microsoftu utworzył firmę produkującą oprogramowanie pod nazwą CrossGain. Microsoft proces wygrał, ale po 12 miesiącach "banici" powrócili jednak do pracy w CrossGain. Co ciekawe, wkrótce potem firma została przejęta przez BEA Systems, a Adam Bosworth znów zmienił miejsce pracy. W 2004 r. dołączył do... Google.


TOP 200