Wyjście z przejścia

Na rynku musi nastąpić przegrupowanie sił, którego katalizatorem będą być może zmiany w samym sektorze telekomunikacji, gdzie rysuje się coraz bardziej wyraźny podział na specjalistów od oferowania infrastruktury i świadczenia usług.

Na rynku musi nastąpić przegrupowanie sił, którego katalizatorem będą być może zmiany w samym sektorze telekomunikacji, gdzie rysuje się coraz bardziej wyraźny podział na specjalistów od oferowania infrastruktury i świadczenia usług.

Użytkownik przeważnie nie wie, jakie technologie kryją się za pojęciem telekomunikacja, chciałby tylko, aby w dowolnym miejscu i w dowolnym czasie mógł mieć dostęp do zasobów informacyjnych odpowiadających jego indywidualnym potrzebom lub łączyć się z osobami, z którymi akurat zamierza porozmawiać, nie zastanawiając się nad skomplikowanymi labiryntami algorytmów instrukcji i odpowiedziami na pytania - czy to bezpieczne i czy go na to stać. Ta potrzeba komunikacji na odległość narastała przez ubiegłe stulecie stopniowo, zmieniając metrykę naszej czasoprzestrzeni. Obecnie jest miarą rozwoju cywilizacyjnego, chociaż większość dostępnych usług jest wciąż zaledwie namiastką tego, czego moglibyśmy oczekiwać od technologii informacyjnych.

Kto rozda karty?

Należy przyjąć, że szerokie pasmo to terminologicznie tylko pewna konwencja. Chodzi o dostęp nieograniczający technicznie jakości przekazu, który chcemy oglądać. Kwestia technologii i rzeczywistych parametrów łącza zależy od zastosowań. Operatorzy przeważnie wolą być konserwatywnie ostrożni, ale ci, którzy decydują się oferować bardzo szybkie, ale tanie kilkudziesięciomegabajtowe łącza pokazują, że trudno już o granice tego, co może skonsumować rynek. Telewizji potrzebuje każdy, pewnie jeszcze bardziej niż telefonu, telewizja wysokiej jakości, spersonalizowana i interaktywna, kiedy potrzeba również mobilna, powinna trafiać w nasze skryte oczekiwania. Inwestorzy znowu zacierają ręce. Jest jeszcze kilka problemów technicznych - dostępu pasma dla telewizji mobilnej, ekranów, baterii - ale najwięcej pytań jest w obszarze dostępu do treści.

Ukształtowany w czasach początków druku system zarządzania prawami autorskimi ma się nijak do możliwości, jakie daje dystrybucja treści w Internecie. Operatorzy telekomunikacyjni chcą wypełnić treścią swoje sieci, ale na razie trudno jest ustalić parytet sił we współpracy z koncernami telewizyjnymi, filmowymi i muzycznymi. Kultura tych biznesów jest bardzo odmienna, a po obu stronach są zatwardziali konserwatyści. Niepokoi, kiedy walka o prawa autorskie skupia się na ściganiu uczniów podstawówek, korzystających z serwisów P2P, a teoretyczni liderzy innowacyjności, tacy jak AT&T, decydują się na tchnącą starymi czasami decyzję, gwarantującą monopol na oferowanie pożądanego przez rynek terminala iPhone.

Przejściowy rynek

Efekty konkurencji są obecnie namacalne i ewidentne, ale wciąż jesteśmy w okresie przejściowym. Rynek zmienia się stopniowo, ponieważ stare modele działania wciąż zapewniają zyski. Niby wszyscy wiedzą, że trzeba coś zmieniać, ale dawne, ugruntowane przez lata monopolu przyzwyczajenia utrudniają podejmowanie ryzyka. Przecież jeszcze kilka, kilkanaście lat temu usługi telekomunikacyjne były zmonopolizowane przez wszechwładnych państwowych operatorów, którzy nie mieli w planach oddawania rynku konkurentom. Również nie tak dawno, zaledwie 10, 15 lat temu, mało kto w urzędach lub w mniejszych firmach korzystał z Internetu, telefonem komórkowym można było wbijać gwoździe, jeżeli pod ręką nie było młotka, a operatorzy sieci telewizji kablowych nie mieli pojęcia o usługach telekomunikacyjnych. Zdecydowana większość rynków europejskich w obszarze sieci stacjonarnych - również dzisiaj - jest praktycznie nadal zdominowana przez byłych monopolistów, których rynkowe strategie nie wykraczają zbyt daleko poza przefarbowanie marki w jaskrawe, lepiej rozpoznawalne barwy.

Liberalizacja formalnie zadekretowana w ustawach telekomunikacyjnych w początkach lat 90. XX wieku przynosi spektakularne efekty, ale niekoniecznie tam, gdzie pierwotnie zakładano. Kiedy opracowywano założenia przepisów europejskich, niewielu wizjonerów potrafiło przewidzieć obecne znaczenie Internetu lub tempo, w którym telefonia ruchoma zacznie przejmować rolę królującej niepodzielnie przez poprzednie 100 lat telefonii stacjonarnej. Byli monopoliści okopywali się na swoich tradycyjnych pozycjach, budując bariery za pomocą najlepiej sobie znanych narzędzi technicznych i ekonomicznych. W tym też kierunku poszło główne uderzenie regulatorów rynku, urzędów tworzonych na zasadach prawa unijnego, aby zmiękczyć ich opór. W rezultacie - po jakimś czasie - ustalono warunki kapitulacji w kwestii łączenia sieci, ale równocześnie starzy operatorzy chyba też osiągnęli w tym kompromisie swój cel, dowiedli, że budowa alternatywnej infrastruktury niekoniecznie się opłaca.

Biznes wirtualny

Ubocznym, chyba nie do końca przewidzianym efektem tej wojny pozycyjnej, stało się pojawienie niewielkich - widzianych początkowo jako niszowe - firm, które postanowiły wejść na rynek usług bez nakładów inwestycyjnych, grając podobnie jak na giełdzie na różnicach cen, które w tradycyjnych systemach rozliczeń zmieniają się stosunkowo wolno. Wiele tych firm, które mogły się posługiwać tylko trudnymi do dystrybucji kartami pre-paid, zniknęło wkrótce z rynku, ale niektóre przetrwały, szczególnie na młodych rynkach, gdzie jest to najbardziej dostępny sposób działania. Tele2 zdołała zbudować - na modelu opartym na podobnej strategii - trwałą międzynarodową obecność i dobrze rozpoznawaną markę, a wielcy operatorzy zaczęli stopniowo odkrywać istnienie giełd minut w usługach międzynarodowych.

Podobne podejście pokierowało sprzedawcami usług w telefonii komórkowej, których istnienie było dopuszczalne już na początku rozwoju GSM, np. w Wlk. Brytanii. Ciekawostką jest to, że mało brakowało, aby podobnie było w Polsce. Jeszcze w dokumentacji przetargowej na pierwsze sieci GSM była mowa o obowiązku współpracy ze sprzedawcami usług, ale skuteczny lobbing kandydatów na operatorów sprawił, że w koncesjach takiej współpracy zakazano. Dopiero od niedawna sprzedawcy usług zaczęli się pojawiać w nowym wcieleniu tzw. operatorów wirtualnych MVNO.

Niezależnie od ułatwień, które chcieliby dla konkurencji stworzyć regulatorzy, rozwój rynku MVNO ma już zupełnie inne - ściśle komercyjne podstawy. Operatorzy sieci komórkowych powoli dochodzą do bariery saturacji rynku. Podzielenie się rosnącymi kosztami marketingu usług i obsługi abonenta z kimś, kto chce na własne ryzyko wypróbować inne metody dotarcia do klientów, może być w pełni uzasadnione. Trzeba jednak podkreślić, że dla operatorów sieci komórkowych to trudna decyzja. Działający w różnych modelach biznesowych operatorzy wirtualni najczęściej przynoszą na rynek telekomunikacyjny doświadczenia z zupełnie innych rodzajów rynków detalicznych, np. sieci handlu detalicznego, gdzie konkurencja dawno wymusiła umiejętność budowania strategii marketingowych w oparciu o bardzo niewielkie marże. Bywają one nawet o rząd niższe niż te, do których przyzwyczaili się działający w luksusowych, niemal oligopolistycznych warunkach starzy operatorzy sieci.

Udostępnienie miejsca operatorom wirtualnym nie oznacza dla operatora sieci rezygnacji ze świadczenia usług. Nie można przecież odrzucić wartości wypracowanej na rynku marki oraz bazy klientów. Operator, decydujący się udostępniać na zasadach hurtowych usługi MVNO, może się skupić na tych aspektach świadczenia usług, które są uwarunkowane technologicznie, w tym tworzeniu dostępu do zaawansowanych usług transmisji danych, obrazu, wiadomości, Internetu. Pojawia się w ten sposób wyraźny podział pomiędzy kompetencjami w zakresie marketingu usług a techniczną umiejętnością ich dostarczenia.

Ciekawe jest też to, że obsługa nowych graczy MVNO staje się okazją do nowych sposobów na biznes w branży telekomunikacyjnej - dla wygody wszyscy potrzebują podwykonawców, poddostawców, którzy usprawnią łańcuch wartości, pomogą obniżyć ceny, ułatwią dostęp do nowych atrakcyjnych urządzeń, zapewnią specjalizowane oprogramowanie.

Wespół w zespół

Planowanie rozwoju sieci trzeciej generacji w niektórych krajach - np. tam gdzie działają sieci firmy Hutchison - pokazuje, że inne bywa również podejście do rozwoju infrastruktury. Wprowadzenie na mocno konkurencyjny rynek mobilny nowej marki nie ma wielkiego sensu, jeżeli od razu nie można świadczyć usług w całym kraju. Umowa MVNO załatwia wyłącznie kwestię dostępności usług w standardzie GSM. Koszty budowy sieci trzeciej generacji są ogromne, ale technologia pozwala je obecnie dzielić z innymi operatorami. Konkurujmy zatem usługami, a kosztami budowy infrastruktury spróbujmy się podzielić, bo konsumenta i tak nie obchodzi, czyje logo jest umieszczone na urządzeniach stacji bazowej. Mowa jest nie tylko o współkorzystaniu z masztów, zasilania, ale również z kompletnych stacji bazowych.

Można pójść dalej. Przecież taką stację bazową może zbudować ktoś zupełnie inny, ktoś, kto zajmie się wyłącznie jej technicznym utrzymaniem. Nie będzie miał wtedy dylematu, czy dla dodatkowych korzyści nie udostępnić masztu kolejnym operatorom, a także operatorowi WiMAX, CDMA, czy jakiejkolwiek innej technologii radiowej. Nie można powiedzieć, aby taka filozofia przebiła się już do świadomości starych operatorów komórkowych, ale strategia ścigania się w zdobywaniu chwilowo niezagospodarowanych terytoriów przypomina XIX-wieczne czasy kolonialne i wygląda nieco krótkoterminowo, a co gorsza jest kosztowna.

Ewolucja podejścia do kontroli infrastruktury wpłynie z pewnością na rozwój sieci stacjonarnych, które w nowym technologicznie wcieleniu następnej generacji NGN mają znosić wszelkie ograniczenia w szerokości pasma, którego będą oczekiwać użytkownicy. Powraca pytanie, które zadawano, kiedy dwadzieścia lat temu pojawiły się postulaty demonopolizacji rynku - dlaczego to tyle kosztuje? Czy walka o efektywność, którą podjęto w niektórych obszarach usług, nie powinna się przenieść również na infrastrukturę i służby odpowiedzialne u operatorów za oferowanie usług hurtowych? Z pewnością wygrać rynek mają szansę ci, którzy potrafią tego dokonać.