Wygrany zakład

Roman Kluska uwielbia przedstawiać historię Optimusa w konwencji mitu o amerykańskim pucybucie. Po sprzedaży pakietu kontrolnego akcji spółki i ogłoszeniu zamiaru budowy domów spokojnej starości jest o krok od ziszczenia innego amerykańskiego snu: zostania Rockefellerem.

Roman Kluska uwielbia przedstawiać historię Optimusa w konwencji mitu o amerykańskim pucybucie. Po sprzedaży pakietu kontrolnego akcji spółki i ogłoszeniu zamiaru budowy domów spokojnej starości jest o krok od ziszczenia innego amerykańskiego snu: zostania Rockefellerem.

Podobne opowieści słyszałem od większości przedsiębiorców, zawdzięczających swój sukces finansowy odwadze, dzięki której wyrwali się z marazmu końca PRL i zajęli się prywatnym biznesem. Najczęściej mówili: "zaczynałem od 2000 dolarów" czy "pożyczyłem 3000 dolarów" lub "mieliśmy w ręku 1000 funtów".

Tylko raz spotkałem się z relacją: "założyłem firmę z 12 dolarami w kieszeni". Tak mówił Roman Kluska, wieloletni prezes SA, obecnie prezes jej Rady Nadzorczej.

Mantra o pracowitości i szczęściu

Ulubioną restauracją Romana Kluski jest "Koncertowa", znajdująca się tuż przy wjeździe do Krynicy od strony Nowego Sącza. Właścicielami są Polacy, którzy wiele lat spędzili w Meksyku, stąd kuchnia w ich wykonaniu łączy w zaskakujący sposób smaki latynoskie z polskimi. To tutaj Roman Kluska podejmuje znamienitych gości z zagranicy, to tutaj rozmawia o nowych interesach.

Do "Koncertowej" prezes zabiera gości z siedziby swojej firmy, nowoczesnego biurowca, niezauważalnie połączonego z halami produkcyjnymi komputerów i kas fiskalnych. Ci, którzy pamiętają, jak w 1988 r. Roman Kluska zaczynał od trzyosobowej firmy mającej swą siedzibę na strychu w domu jego rodziców, przeżywają szok. Tym większy, że w 80-tysięcznym Nowym Sączu, gdzie każdy zna każdego lepiej niż własną kieszeń, w regionie zagrożonym strukturalnym bezrobociem, ledwo łagodzonym przez wyjazdy do Niemiec i USA, zakład zatrudniający na stabilnych warunkach ponad 10 osób wzbudza powszechny szacunek... i zarazem zawiść.

Bo jak to się stało, że Roman Kluska mając 12 dolarów w kieszeni, gdy przekraczał próg Zakładów Naprawy Samochodów, gdzie pracował, zarobił pierwszy milion dolarów po dwóch latach działalności? Na jakiej podstawie chwali się, że komputery Optimusa dorównują w testach wziętym światowym markom? I jeszcze jedno: czy w wieku 47 lat rzeczywiście jest pora, by zająć się domami spokojnej starości i wydać na nie 262 mln zł, uzyskane ze sprzedaży 66% akcji Optimusa (pakiet kontrolny).

Ci, którzy go znają lepiej (a takich jest niewielu, chyba tylko żona Anna mogłaby coś więcej o nim powiedzieć, ale ona nie udziela wywiadów w myśl zasady, którą ściśle przestrzega prezes, że z dziennikarzem można rozmawiać wyłącznie o firmie), twierdzą, że sukces Optimusa tkwi w niewiarygodnym szczęściu Romana Kluski do ludzi i interesów, jego paternalistycznej postawie i uporze. Inaczej nie da się wytłumaczyć, że zawierzył mu IBM, Maxtor, Lexmark, Microsoft. Że po udanym debiucie giełdowym zainwestował pieniądze w nieruchomości na terenie całego kraju, a zwłaszcza w Warszawie, które dzisiaj warte są ok. 50 mln USD. Przekonał do siebie Japończyków z BMC, potentata na rynku kas fiskalnych, i Amerykanów z Lockheed Martin (z tymi ostatnimi, niestety, musiał się rozstać). Że Optimus postawił na Internet, dzięki czemu producent komputerów przekształca się w spółkę Nowej Gospodarki, a jej okręt flagowy - Onet.pl - wejdzie wkrótce na warszawską giełdę. Gdy Roman Kluska w kwietniu

2000 r. podał do publicznej wiadomości, że sprzedaje akcje pośrednikom, wkrótce po tym przeszedł do rady nadzorczej, komentowano ten fakt zmęczeniem lub chęcią realizacji pomysłu jeszcze bardziej dochodowego niż informatyka. A tutaj niespodzianka: domy spokojnej starości, "czas podzielić się pieniędzmi z innymi w sposób bardziej zorganizowany niż dotychczas"; "chcę dać przykład innym biznesmenom". Rockefeller?

Najlepszy interes

Wbrew pozorom Roman Kluska jest najbardziej dumny z tego, że w Nowym Sączu produkuje się... kasy fiskalne. I to jakie! W 1995 r. zakupiono licencję od japońskiego potentata w tej branży, firmy BMC. Jej właściciel - pan Yamada - gdy przyjeżdża do Nowego Sącza jest także podejmowany w "Koncertowej". Z roku na rok nabierał respektu do polskiego partnera - Optimus-IC. Wystarczy powiedzieć, że po dwóch latach działalności Optimus-IC przyniósł dochody na poziomie spółki-matki.

W Optimusie mówiono, że firma jest w stanie produkować urządzenia fiskalne, które innowacyjnością i zaawansowaniem technicznym przewyższą japońskie modele. Gdy pierwszy raz usłyszał o tym pan Yamada (najpewniej w "Koncertowej"), jak wieść niesie, śmiał się do rozpuku. Twierdził, że Optimus-IC porwał się z motyką na słońce, i założył się z Romanem Kluską, że jego ludzie zrobią lepszą i mniejszą kasę.

Dwa zespoły stanęły do zawodów. Polscy inżynierowie wprowadzili nowatorski montaż powierzchniowy - montowanie kas potraktowano jak montowanie komputerów. Zastosowali lepsze procesory, układy pamięci typu Flash (firma BMC stosowała układy EPROM), termiczny moduł drukujący - w rezultacie powstała kasa mniejsza i bardziej praktyczna Po pewnym czasie Japończycy z dumą pokazali swoje dzieło: kasę formatu A4, średnio zaawansowaną technicznie. Na widok optimusowego urządzenia: małej, poręcznej kasy z wyświetlaczem alfanumerycznym, uznali, że pan Yamada przegrał zakład.

Co dalej z Optimusem?

Optimus Lockheed Martin zawiesił działalność. To dotkliwy cios dla prestiżu firmy. Właściciele odkupionych od Romana Kluski akcji, nie mogąc znaleźć inwestora strategicznego dla Onet.pl, decydują się dokapitalizować go poprzez warszawską giełdę. Produkcja komputerów PC będzie raczej spadać. A na razie Roman Kluska buduje domy spokojnej starości.


TOP 200