Wszystko o danych osobowych

Wprowadzenie sformalizowanego kodeksu ochrony prywatności nie poprawi świata, a tylko go jeszcze bardziej skomplikuje. Co nie oznacza, że nie należy doskonalić metod ochrony prywatności, tak technicznych, jak i prawnych.

Wprowadzenie sformalizowanego kodeksu ochrony prywatności nie poprawi świata, a tylko go jeszcze bardziej skomplikuje. Co nie oznacza, że nie należy doskonalić metod ochrony prywatności, tak technicznych, jak i prawnych.

Jakub Chabik w swoim tekście Moje dane, moja sprawa (CW 44/2008) kreśli wizję oka, które wymknęło się spod kontroli. Nic nie poradzę, że skojarzyło mi się to z filmem Woody Allena, którego parafraza tytułu jest nagłówkiem niniejszego tekstu. Tam też, z laboratorium na wolność wyrywa się gigantyczna pierś. Na szczęście, w finałowej sekwencji udaje się nałożyć na nią adekwatny biustonosz. Taką ochroną przed grasującym okiem, według Autora, ma być ustanowienie pół-dekalogu (pentalogu) określającego prawa obywatela do danych z nim powiązanych.

Podzielam zarówno ocenę przesłanek takiego rozumowania, jak i doskonale rozumiem ideologiczny kontekst. Kuba jest wolnorynkowym, liberalnym konserwatystą, przywiązanym do wolności jednostki, ładu i sprawiedliwości. Sam, będąc nieco starszym anarcho-konserwatystą, również liberalnym, organicznie nie cierpię, kiedy ktoś, bez istotnego powodu, przygląda mi się natarczywie. Jestem wszakże również realistą i twierdzę, że sprawy zaszły już za daleko (zaczęło się to wszystko w Anglii na przełomie XVIII i XIX wieku), a próby ich zawracania metodą proponowaną przez Autora są, li tylko, szlachetnym marzeniem. Uważam, że wprowadzenie takiego kodeksu nie poprawi świata, a tylko go jeszcze bardziej skomplikuje. Co nie oznacza, że sądzę, iż nie należy doskonalić metod ochrony prywatności, tak technicznych, jak i prawnych.

Opieram swoje przekonanie na obserwacji kuriozalnych, niesprawiedliwych i ograniczających różne wolności efektów wprowadzenia w życie ochrony tak zwanych praw autorskich (tak zwanych, bo w praktyce ochronie podlegają głównie prawa pośredników między autorem a odbiorcą, często faktycznie kosztem obu). U podstaw tego postępującego procesu legło szlachetne przekonanie, że kto jak kto, ale Twórca ma niezbywalne prawo do dzieła i korzyści zeń płynących. Na to nałożył się jeden z wielkich procesów cywilizacyjnych, który przebiega na naszych oczach: idące z USA zastępowanie w życiu społecznym norm moralnych regulacjami prawnymi. W nie tak dawnych czasach osoba, która przekroczyła zasady przyzwoitości, nie była akceptowana w swoim środowisku, dziś (słuszna skądinąd) zasada, że do czasu uprawomocnienia się wyroku podejrzany nie jest winny, powoduje, że można coraz więcej w życiu społecznym, byle tylko mieć dobrych prawników.

Nie tutaj miejsce do dyskusji o konieczności dziejowej takiego procesu. Wystarczy tylko odnotować, że żyjemy w międzyepoce, której cechą jest trwała i ogromna zmiana postrzegania pozycji człowieka wobec innych ludzi, wobec instytucji i organizacji, w tym komercyjnych, i wobec całego społeczeństwa.