Wolność od sukcesu

Obowiązek kariery i ekspansji, który ukształtował się w Polsce w ostatnich latach, zaczyna doskwierać już nie tylko poszczególnym osobom, lecz także firmom.

Obowiązek kariery i ekspansji, który ukształtował się w Polsce w ostatnich latach, zaczyna doskwierać już nie tylko poszczególnym osobom, lecz także firmom.

Słowo "obowiązek", użyte w odniesieniu do kariery zawodowej, może być denerwujące. Wszak cele życiowe, styl życia, kultywowane wartości są wolnym wyborem każdego człowieka. Może starać się być "kimś" w biznesie czy polityce, ale może również poświęcić się opiece nad niepełnosprawnymi, pielęgnować życie rodzinne lub skoncentrować się na samotnej uprawie kaktusów. Nikt do nikogo nie będzie miał pretensji o poczyniony wybór. A jednak słowo "obowiązek" jest uprawnione. Niby nikt niczego nie narzuca, niby nie ma przymusu, ale atmosfera w społeczeństwie jest taka, że po prostu nie wypada nie dążyć do coraz większej zamożności, do coraz wyższych stanowisk, do coraz szerszych wpływów. Kto nie ściga się z innymi, ten się nie liczy. Nie ma innych stanów obecności w społeczeństwie poza dwoma: przegrany - wygrany. Są tacy, którzy z założenia są przegrani, bo urodzili się w prowincjonalnym miasteczku albo patologicznej rodzinie. Nie wszyscy, nawet z tych, którzy robią karierę, aprobują ten stan rzeczy, który zyskał sobie nawet prześmiewcze miano "wyścigu szczurów". I rzeczywiście, powinno się wyśmiać i zdemitologizować całą tę obowiązkową rywalizację o większy sukces zawodowy. Nie mylić z życiowym!

Ale czy można coś zarzucić atmosferze rywalizacji w gospodarce? Przecież konkurencja między firmami ma zbawienny wpływ na to, jak one traktują klienta, jakie produkty dostarczają na rynek, jak motywują swoich najlepszych pracowników. To jest pozytywne oddziaływanie. Ale jest różnica między staraniami o pozyskanie klientów i ich zadowolenia (czytaj pieniędzy) a ambicją stawania się coraz większym pod względem obrotów i kapitałów, działania na coraz rozleglejszym rynku, zatrudniania coraz więcej ludzi. A może nawet nie ambicją, lecz sztucznym biznesowym przymusem ekspansji. Sztucznym, bo doprawdy nie każda firma ma obowiązek być wielka, nie każdy przedsiębiorca jest stworzony do zawiadywania wielkimi interesami. Przecież prywatna przedsiębiorczość to nie tylko biznes, lecz także sposób życia. Chodzi w nim o to, aby być niezależnym od zwierzchników, by samemu sobie wybierać zadania i czas ich wykonania, pracować na siebie, a nie na urzędników niezbędnych w każdym większym organizmie. Chodzi również o to, by mieć większe z tego pieniądze niż na posadzie, ale wcale nie jest to czynnik najważniejszy i często wcale zyski z własnej firmy nie są większe niż z pracy najemnej. Bezcenna jest wolność bycia dla siebie sterem, żeglarzem i okrętem. A tymczasem wielu prywatnych przedsiębiorców i wiele małych firm dało sobie wmówić, że obowiązek rywalizacji jest bezwzględny i muszą konkurować z innymi małymi firmami, a więc muszą rosnąć. Nawet wbrew swojej woli i predyspozycjom.

Chyba już wystarczy tych nieporozumień. Niech robią karierę ci, dla których jest to jedyna droga życiowa, niech rosną te firmy, dla których jest to świadomy wybór i są przesłanki, że podołają bólom szybkiej ekspansji. A inni niech robią swoje.


TOP 200