Własność i wolność

Od pewnego czasu zaczyna być jasne, że system ochrony praw własności intelektualnej i praw pokrewnych, kształtowany przez kilka stuleci, mniej więcej od wynalezienia druku i pierwszych przywilejów drukarskich, nie sprawdza się w epoce technologii informacyjnych, kiedy przesyłanie, powielanie i magazynowanie informacji jest łatwe, powszechnie dostępne i tanie.

Od pewnego czasu zaczyna być jasne, że system ochrony praw własności intelektualnej i praw pokrewnych, kształtowany przez kilka stuleci, mniej więcej od wynalezienia druku i pierwszych przywilejów drukarskich, nie sprawdza się w epoce technologii informacyjnych, kiedy przesyłanie, powielanie i magazynowanie informacji jest łatwe, powszechnie dostępne i tanie.

W tradycyjnym podejściu, opierając się o instytucję dozwolonego użytku, system ochrony praw utrzymywał równowagę pomiędzy prywatnym interesem twórców i podmiotów pośredniczących w dystrybucji dzieła a interesem publicznym, jakim jest szeroka dostępność. Niezależnie od prawa twórcy do wynagrodzenia, od dawna istniały w dobrze rozumianym interesie publicznym liczne rozwiązania zapewniające odbiorcom możliwość powszechnego korzystania z wytworów kultury, np. udostępnianie dzieł traktowanych jako dziedzictwo ludzkości bibliotekom, naukowcom, ich prezentacja w muzeach itp. Teraz ta równowaga jest zaburzona.

Pociski i pancerze

Nie tyle sami twórcy, ile instytucje zajmujące się produkcją i dystrybucją utworów lub zarządzaniem prawami autorskimi, posługując się tradycyjnym, chociaż formalnie nadal obowiązującym podejściem, domagają się nowych środków ochrony. Skoro technologie informacyjne umożliwiły znoszenie barier przestrzennych i ekonomicznych w dystrybucji utworów, to ochrony oczekuje się również od rozwiązań technologicznych.

W roku 2005 jeden z czołowych światowych koncernów muzycznych, Sony BMG Music Entertainment, zdecydował się przyjąć bardzo radykalną, a jak się później okazało również ryzykowną politykę ochrony ponad 50 nowych płyt, umieszczając na nich ukryte oprogramowanie typu rootkit. Instalujące się bez ostrzeżenia na komputerze zaraz po włożeniu płyty, monitorowało zachowanie użytkowników, mając ograniczać liczbę możliwych do wykonania kopii. W niektórych przypadkach dochodziło do trwałego zablokowania dostępu do stacji dysków lub uszkodzenia systemu operacyjnego. Nie były wówczas dostępne narzędzia do usuwania tego typu oprogramowania, a program do tego celu rozesłany później przez Sony okazał się nieskuteczny. Zainfekowaniu uległo ponad 2 mln komputerów, co wywołało lawinę zbiorowych pozwów i zmusiło Sony do wypłaty odszkodowań. Stosowanie tego typu oprogramowania jest obecnie w wielu państwach uznane za nielegalne.

Rzeczowo i spokojnie

II Międzynarodowa Konferencja Prawa Nowych Technologii, która odbyła się w dniach 11—12 maja na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego, okazała się doskonałą okazją do podyskutowania o interesujących dylematach zarządzania prawami autorskimi w spokojnej akademickiej atmosferze, z dala od frontu walki, jaką toczą na co dzień firmy medialne z szarym i czarnym rynkiem, a czasem ze zwykłymi użytkownikami. Współorganizatorem był Chicago-Kent College of Law z prestiżowego Illnois Institute of Technology, co zapewniło rzetelną prezentację amerykańskiego podejścia do ochrony praw własności intelektualnej i praw pokrewnych. Organizatorom udało się zaprosić wykładowców z kilku polskich ośrodków uczelnianych, Komisji Europejskiej i Światowej Organizacji Własności Intelektualnej.

Computerworld objął konferencję patronatem medialnym.

Pomimo tamtej skandalicznej historii i kilku innych niepowodzeń wprowadzanie technicznych zabezpieczeń jest traktowane przez wielu dystrybutorów jako najlepsza metoda zabezpieczenia praw do utworów. Niewątpliwie upowszechnianie zabezpieczeń, np. opartych na metodach kryptograficznych, utrudnia nielegalny dostęp i kopiowanie utworów, ale wciąż nie udało się uzgodnić w tym zakresie jednolitej polityki rynku medialnego, a inwencja "sprytniejszych" użytkowników wciąż wystawia na próbę skuteczność narzędzi zabezpieczających. Podstawowym problemem jest to, że użytkownicy nie aprobują zbyt restrykcyjnych zabezpieczeń, na przykład tego, że mieliby mieć techniczny lub prawny problem ze skopiowaniem piosenki z legalnie zakupionej płyty lub pożyczeniem ulubionego filmu znajomym, czy nagraniem programu telewizyjnego. Pojawiają się w związku z tym koncepcje, by zdefiniować zakres dozwolonego użycia dla celów indywidualnych i technicznie go zabezpieczyć identyfikatorem, który naliczałby opłaty za każde dodatkowe użycie. "Zakładając, że to byłoby technicznie wykonalne i skuteczne, powstaje istotne ryzyko wejścia w konflikt z prawem od ochrony prywatności" - zauważył podczas odbywającej się w Gdańsku konferencji "Prawo nowych technologii" dr Maciej Barczewski.

W każdym przypadku troska dystrybutorów utworów o zyski musi znaleźć powszechną akceptację użytkowników, bez której najbardziej wyrafinowane środki ochrony będą raczej hamulcem w rozwoju niż metodą porządkowania systemu dostępu do utworów.

Open source

Prawo do zysków, na jakie liczą twórcy i podmioty dysponujące pokrewnymi prawami do utworów, nie są zapisane raz na zawsze. Te utwory, których wartość zweryfikował czas, po pewnym czasie stają się własnością publiczną. Systemy ochrony praw własności intelektualnej były budowane w oparciu o lokalne doświadczenia i w poszczególnych państwach różnią się pomimo wielu synergii. Podczas konferencji sporo miejsca poświęcono różnicom w tradycji europejskiej i amerykańskiej, różnicom, które zyskały na znaczeniu w Internecie.

W kształtowaniu systemów ochrony zwykle przeważały względy praktyczne. Na przykład idee i teorie naukowe nie są chronione, bo z zasady nigdy nie są zamknięte i skończone, poza tym składa się na nie dorobek poprzedników, pomimo że historię nauki znaczymy wieloma odkryciami przypisanymi poszczególnym osobom. Jest jasne, że przypisanie praw własności do teorii naukowych hamowałoby postęp.

Utwory w rozumieniu prawa własności intelektualnej chroni się tylko przez jakiś czas, bo bez powszechnie dostępnego dziedzictwa kulturowego, z którego wszyscy mogą czerpać, nie byłoby cywilizacji. Wartość domeny publicznej zapewnia spójność prawa autorskiego. "Każdy autor czerpie z przeszłości, bo inaczej wszystko się zawali i nie będzie akceptowane" - mówił dr Tomasz Targosz. Dlatego muszą być wolne idee i teorie, pomimo że mogą być bardziej oryginalne niż to, co znano w przeszłości; źródła inspiracji idei są trudne do wyśledzenia.

W Internecie jest obecnie mnóstwo rzeczy za darmo. Naruszenia praw własności są rzeczą bezsporną, ale równocześnie jest głęboko zakorzenione przekonanie społeczne, że informacje powinny być powszechnie dostępne.

Profesor Zdzisław Bradecki wierzy, że w poszukiwaniu uniwersalnej koncepcji dla dylematu: własność intelektualna wobec open source - wygra wolność, ale oczywiście solidarnie akceptowana według zasad sprawiedliwości, czyli równości pomiędzy prawami a obowiązkami.

Komu ochrona

  • W Europie do końca XIX w., czyli do przyjęcia Konwencji Berneńskiej w 1896 r., zakres ochrony praw twórców był węższy niż dzisiaj. W zasadzie nie chroniono dzieł zależnych, np. tłumaczeń, streszczeń, adaptacji. Z kolei w Stanach Zjednoczonych uważano, że podobnie jak w przypadku patentów chronić należy przede wszystkim rodzimych autorów. Z ochrony nie mogli korzystać nawet powszechnie znani autorzy zagraniczni, ale w ten sposób ich utwory mogły być relatywnie tańsze od krajowych. Można zatem przyjąć, że o wprowadzeniu ochrony zadecydowały w większym stopniu uwarunkowania rynkowe niż interes twórców.
  • Złożony proces tworzenia takich utworów jak filmy czy programy telewizyjne poszerzył kręgi osób aspirujących do współkorzystania z ochrony autorskich praw majątkowych. Tak zwane listy płac ukazujące się po ostatniej scenie filmu bywają bardzo długie.
  • Coraz częściej zdarza się, że taniej jest zakupić prawa do gotowego „formatu” programu telewizyjnego, niż wyprodukować nowy, narażając się przy okazji na posądzenie o plagiat. W przypadku formatów programów telewizyjnych doktrynalna, wydawałoby się, różnica pomiędzy chronionym prawnie utworem a wyłączoną spod prawnej ochrony koncepcją, ideą trochę się zaciera, a my możemy z dziwnym odczuciem déja vu obserwować na zagranicznym kanale telewizyjnym, faceta, którego aparycja, sposób mówienia, zachowania i garnitur są takie same, jak u znanego z naszej telewizji prezentera i który w takich samych dekoracjach prowadzi ten sam teleturniej, tylko w innym języku.
  • Produkcją prasy, książek, filmów, telewizji zajmują się potężne megakoncerny, które uczyniły z twórczości wysoko dochodowy przemysł, a umowy dotyczące przekazywania praw do utworów bywają coraz bardziej skomplikowane. Globalny zasięg nowoczesnych środków przekazu zwiększa apetyt na globalną skalę zysków, ale skuteczność prawnej ochrony w dotąd obwiązującym systemie bywa problematyczna.
  • Zbiorowe (hurtowe?) zarządzanie prawami majątkowymi do utworów stało się jakiś czas temu interesem samym w sobie, co doprowadziło w Polsce do tego, że na rynku oprócz starego ZAIKSU działa kilkanaście konkurujących z sobą organizacji.
  • Technologie informacyjne wszystko zmieniają i nie chodzi już tylko o to, że łatwość kopiowania i dystrybucji informacji ułatwia omijanie wszelkich tradycyjnych ograniczeń, szczególnie, jeżeli mające podlegać ochronie utwory powstają lub zostają przetworzone do formy cyfrowej. Ciekawsze jest, że każdy kto tylko ma ochotę, umiejętności i talent, może próbować być w jakiś granicach twórcą, a podobnie jak w czystej sztuce nie zawsze kieruje się pragnieniem spieniężenia swoich dokonań, w tym uzyskiwania w przyszłości tantiem. Czyli nie każdy jest sojusznikiem producentów, chcących wprowadzać nowe wyrafinowane zabezpieczenia techniczne lub dążących do bezwzględnego ścigania każdego, kto mógł naruszyć, którąś z ustalonych przez nich zasad.
  • Internet daje wiele narzędzi swobodnej wymiany i prezentacji wszelkiej informacji, często zupełnie nieprzydatnej, ale też i wartościowej twórczości, której odszukanie w inny sposób wymagałoby od nas często sporo wysiłku lub było praktycznie niewykonalne. Próby wprowadzenia ograniczeń napotykają na naturalny opór, bo zmuszają użytkowników do zmiany zachowań, a co gorsza, przyzwyczajeń. Trwale zaakceptowane mogą być tylko takie ograniczenia, które nie naruszą naszego poczucia wolności i cywilizacyjnej solidarności.
  • Nie sposób się dziwić profesjonalnym twórcom, producentom, dystrybutorom, że nie chcą utracić kontroli nad dziełami, zarówno w zakresie gwarancji ich autorstwa, jak i integralności oraz wynagrodzenia za ich wykorzystanie. Wydaje się jednak, że komplikowanie i zwiększanie restrykcyjności systemu kontroli dystrybucji nie da zadowalających efektów. Trzeba założyć, że społeczeństwo dąży do zachowań racjonalnych i akceptuje pewne wygodne konwencje, na przykład – nie kradnij, przynajmniej w stosunku do dóbr materialnych. Dlatego ochrona praw twórców w epoce technologii informacyjnych musi zostać uproszczona, by być powszechnie akceptowana.
  • Intuicyjnie można by np. zakładać, że obecny system ochrony praw autorskich kiedyś zostanie zastąpiony czymś w rodzaju systemu licencyjnego, którego zalążek stanowi dzisiaj system Creative Common.
  • Pamiętam, że w czasach późnej, przedsolidarnościowej komuny bodajże jedyny z czołowych dysydenckich twórców Janek Kelus postanowił nigdy nie zalegalizować się jako artysta ze stosownymi uprawnieniami i będąc skazany na drugi obieg kaset przegrywanych na domowych magnetofonach, umieszczał na nich napis z prośbą o dobrowolne przesyłanie jednorazowej opłaty na jego adres. To działało, pomimo że większość przekazów pocztowych adresowano: Jan Kowalski.
Piotr Rutkowski


TOP 200