Władza boi się innowacyjności

Gdzie widać innowacyjność w Polsce?

Gdzie widać innowacyjność w Polsce?

Firmy w Polsce zachowują się relatywnie zachowawczo i nie podejmują wyzwań innowacyjności w projektach realizowanych w administracji publicznej. To gigantyczne rezerwy polskiego sektora ITC. Tu upatruję szansę na dalszy rozwój, pod warunkiem wszakże zasadniczej zmiany sposobu traktowania innowacji i badań przez władze zamawiające projekty.

Jakie są powody takiego stanu?

Władza boi się innowacyjności

Firmy zachowują się wbrew pozorom racjonalnie. W Polsce znaczek "innowacyjność" może oznaczać nadmierne ryzyko, a więc kłopoty ze sprzedażą usług lub produktów. Przedstawiciele władz wolą bowiem kopiować rozwiązania, które gdzieś - najczęściej przypadkiem - zobaczyli lub o nich usłyszeli, niż zdobyć się na wysiłek samodzielnego zdefiniowania zakresu i funkcjonalności projektów w relacji do prawdziwie odczuwanych potrzeb. Projekty zamawiane są tak, aby uniknąć spodziewanych niepowodzeń w odbieraniu wyników pracy firm, niepowodzeń wynikających nader często z deficytu wiedzy i strachu przed nowością, jakie cechują decydentów. Obawiają się nie bez racji. Za chwilę bowiem kontrole mogą zakwestionować nadmierne ryzyko przez nie podjęte! Tak wpadliśmy w klincz niemożności, jaki cechuje nie tylko samorządowe inwestycje w projekty teleinformatyczne.

Nie jest to tylko polska przypadłość...

Nie ma czegoś takiego jak jednolita europejska przestrzeń innowacji. Fantastyczne wyniki w rankingach innowacyjności ma Wlk. Brytania, czy kraje skandynawskie. Polska ciągle znajduje się na szarym końcu i to trzeba zmieniać w sposób świadomy i konsekwentny. Dzięki takim właśnie działaniom prof. Krzysztofa Kurzydłowskiego i dr. Olafa Gajla z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego zbudowany został system organizacyjno-prawny, który w przyszłości może zaowocować silnym impulsem innowacyjnym w administracji publicznej i systemie opieki zdrowotnej w związku z wdrożeniem nowoczesnych rozwiązań, nad którymi pracują obecnie konsorcja wspierane środkami tego resortu.

Jakie są największe błędy urzędników inwestujących w innowacyjną gospodarkę, społeczeństwo informacyjne?

Czas, aby przestali oni utożsamiać rozwój społeczeństwa informacyjnego w swoich społecznościach lokalnych czy regionalnych z zakupami komputerów i oprogramowania dla urzędów. Chciałbym, aby wreszcie decydenci samorządowi zwrócili baczniejszą uwagę na możliwość opracowywania projektów likwidujących wykluczenia cyfrowe dla osób starszych, chorych, bezrobotnych. Jesteśmy w roku 2007, a nie 2000 i to oznacza, że w myśleniu o społeczno-gospodarczym znaczeniu roli teleinformatyki minęła cała epoka. W Polsce niestety często tego nie dostrzegamy. Nie dostrzegają tego decydenci, nie dostrzega polska szkoła. Ta uczy informatyki na przykładzie popularnych pakietów biurowych. Natomiast w Irlandii czy krajach skandynawskich uczniowie dowiadują się jak załatwić zdalnie sprawę w urzędzie lub też jak założyć konto w banku internetowym. Znacząca różnica?

Malkontenci - a takich u nas dostatek - podniosą larum, że nie ma czego u nas uczyć, że e-usługi dalej są pieśnią przyszłości, że wciąż brakuje na to pieniędzy...

Akurat pieniędzy nie brakuje. Na projekty teleinformatyczne w Programie Operacyjnym Innowacyjna Gospodarka mamy do 2015 r. do wydania 2,3 mld euro. Słowem powinniśmy wydawać miesięcznie na ten cel ponad 100 mln zł! W Regionalnych Programach Operacyjnych ulokowano ok. 5,5 mld zł tylko na ten cel, kolejne 60 mln zł miesięcznie! Tak znaczących środków nie uda się wydać racjonalnie bez radykalnych zmian - bez stworzenia profesjonalnego systemu wsparcia dla samorządów regionalnych i lokalnych oraz firm planujących inwestycje w ICT. Alternatywą będzie przypadkowość w wyborze projektów, brak interoperacyjności systemów sektora publicznego i niska innowacyjność projektów.

"Integracja, innowacyjność, inwestycje - wyzwania e-rozwoju lokalnego i regionalnego w latach 2007-2010" to hasło XI Konferencji Miasta w Internecie. Program pod adresem: konferencja2007.mwi.pl.


TOP 200