Wirtualne wybory

Głosowanie przez Internet ma wiele poważnych wad, które każą postawić pod znakiem zapytania samą ideę takiej formy uczestnictwa obywateli w życiu publicznym.

Głosowanie przez Internet ma wiele poważnych wad, które każą postawić pod znakiem zapytania samą ideę takiej formy uczestnictwa obywateli w życiu publicznym.

Postulat wyborów poprzez Internet pojawia się coraz częściej nie tylko w publicystyce, ale także w programach politycznych. Jest zazwyczaj traktowany jako naturalna, a czasami wydaje się, że sztandarowa część e-government - kolejny etap odchodzenia od archaicznej, papierowej technologii. Obawiam się jednak, że jest to raczej kolejny przykład owczego e-pędu, któremu ulegają jego autorzy sądząc, że wszystko co "internetowe" jest nowoczesne i efektywne. W tym kontekście dwuznaczność zawarta w tytule artykułu nie jest wcale niezamierzona.

O ile zastąpienie papierowych kart do głosowania "automatem wyborczym" jest, przynajmniej teoretycznie, proste, to jednak nie wnosi do wyborów jakiejś znaczącej wartości dodanej. To co stanowi faktyczny "creme de la creme" wyborów elektronicznych, to głosowanie przez Internet. Jego zwolennicy twierdzą zazwyczaj, że ten sposób głosowania daje szansę na zwiększenie (tak marnej w Polsce) frekwencji wyborczej oraz na przełamanie barier w uczestnictwie w życiu publicznym przez osoby niepełnosprawne. Głosowanie takie ma jednak także wady i to takie, które zdają się podważać same podstawy owej idei.

Zdecydowanie mniejsza transparentność

Wybory to bardzo drażliwy politycznie i społecznie problem; oskarżenia o nieprawidłowości czy fałszowanie wyborów zdarzają się zawsze i chyba we wszystkich państwach (nie tak dawno w Stanach Zjednoczonych, a ostatnio np. we Włoszech - by wymienić przykłady tylko ze "starych demokracji"). Zaufanie obywateli do samego aktu wyborczego jest w znacznej mierze funkcją jego przejrzystości i klarowności. Tymczasem to właśnie jest jeden z najsłabszych punktów internetowych wyborów.

Nawet zakładając, że kody źródłowe całości oprogramowania składającego się na system wyborczy zostaną udostępnione i dokładnie zweryfikowane (co w praktyce jest zresztą mało realne), i tak nie można liczyć na dokładną, niezależną analizę wszystkich elementów systemu składającego się na system wyborczy. Składają się nań przecież nie tylko oprogramowanie, ale także serwery, systemy telekomunikacji, administratorzy i procedury obsługi. Nic nam nie da wiedza o oprogramowaniu, sprzęcie, procedurach, jak nie będziemy w stanie zagwarantować, że faktycznie takie (i tylko takie) oprogramowanie zostało na owym sprzęcie zainstalowane. Zapewne niezależna analiza całości sprowadzi się do audytu jakieś "renomowanej firmy konsultingowej" + nadzoru ze strony bardzo tajnych służb państwowych.

Trudno o większy kontrast dla stanu, w którym tysiące zwykłych ludzi pracujących w rejonowych komisjach wyborczych są świadkami prawidłowości (lub nie) sposobu oddawania głosów. Cały ten mechanizm społecznej kontroli jest w przypadku wyborów "internetowych" niedostępny.

Wybory "papierowe" to wybory, w których sposób zliczania głosów jest zrozumiały dla olbrzymiej większości obywateli. Praca w komisji wyborczej nie jest zarezerwowana dla wybrańców, co więcej, jest traktowana jako dostępny niemal każdemu sposób na zarobienie dodatkowych paru groszy. W pracach komisji wyborczych mogą uczestniczyć przedstawiciele poszczególnych komitetów wyborczych i mają tam realną kontrolę nad uczciwością liczenia głosów.

W przypadku "elektronicznych" wyborów realną wiedzę na temat prawidłowości wyborów i liczenia głosów będzie posiadała bardzo nieliczna grupa technokratów. Poza nią w istocie nikt nie będzie miał wglądu w faktyczne działanie systemu liczenia głosów. Bez owej superelitarnej grupy, której deklaracje będziemy mogli przyjąć jedynie na wiarę, ani obywatele, ani politycy, ani sądy nie będą w stanie zweryfikować prawidłowości żadnej fazy liczenia głosów.

Sytuacja, w której tylko wąskie grono wtajemniczonych może (?) zweryfikować prawidłowość głosowania, nie zwiększy zaufania do wyborów. W efekcie, paradoksalnie, ów brak zaufania do samej procedury może zmniejszyć frekwencję w wyborach internetowych - "Eee, panie, kto tam wie, co ONI w tych komputerach wyliczą". Dystans pomiędzy relacją szwagra z rejonowej komisji wyborczej a komunikatem o tym, jak to zweryfikowano poprawność transmisji danych do centralnej komisji wyborczej, jest oczywisty. Ludzie mogą się poczuć jak widzowie totolotka (tam przynajmniej jednak pokazują podskakujące z numerami bile).

Ktoś może powiedzieć, że i obecnie wybory korzystają z elektronicznych systemów obliczania i przekazywania danych. To prawda. Ciągle jednak kontrolujemy sposób oddawania głosów i dysponujemy fizycznie namacalnymi kartkami wyborczymi. Zawsze możemy się do nich odwołać jako do ostatecznego potwierdzenia (falsyfikacji) prawidłowości wyborów.

Głosy na sprzedaż

Wada bodaj największa, bo w zasadzie nieusuwalna, to brak realnych zabezpieczeń przed kupowaniem głosów. Wszelkie próby bezpośredniego kupowania głosów wyborczych są dość skutecznie ograniczane przez całkowitą niepewność kupującego co do wywiązania się sprzedającego z umowy. Stan taki wprowadza do całej transakcji na tyle znaczący czynnik ryzyka, że czyni ją na szerszą skalą nieopłacalną. Jednak w przeciwieństwie do, w jakiejś mierze publicznego, głosowania w lokalu wyborczym, głosowanie przez Internet ma charakter niemal intymny. Nikt nie będzie więc w stanie zagwarantować, iż głosujący nie sprzeda swojego głosu zainteresowanym kupcom. I to zupełnie niezależnie od technologii głosowania, w każdym bowiem wariancie taki handel jest możliwy.

Bez trudu więc można sobie wyobrazić naganiaczy, którzy przejdą się po akademiku czy bursie (kurs "jedno piwo - jeden głos" wydaje się być całkowicie realny), kupując po te kilkanaście czy kilkadziesiąt głosów na wybrane ugrupowanie. Takie akcje można zresztą prowadzić w niewinny sposób: "Ciociu, po co mamy jechać do lokalu wyborczego, mam komputer i załatwimy to w domu. Ja ci pomogę".

Sprytniejsi mogą na potrzeby tego typu "kampanii wyborczej" przygotować na swoim komputerze aplikację, która będzie symulowała głosowanie na inne ugrupowanie niż faktycznie wybrane przez nieświadomego wyborcę.

Konsekwencją tego stanu rzeczy musi być więc rozwiązanie informatyczne uwzględniające między innymi sytuację, kiedy to głosujący będzie korzystać z komputera, nad którym kontrolę sprawuje ktoś inny (bo ktoś inny jest tego komputera właścicielem lub… bo ktoś inny przejął nad nim, np. za pomocą złośliwego oprogramowania, władzę). To nie jest warunek łatwy do spełnienia. Ponadto czas głosowania jest krótki i z góry znany. Łatwo też sobie np. wyobrazić specjalne rootkity wyborcze, które, choć infekujące komputery obywateli, pozostaną nieaktywne (i niewykryte) aż do dnia wyborów, co dramatycznie utrudni ewentualne przeciwdziałanie ich skutkom.

Dochodzimy tutaj do kolejnej kwestii, czyli do bezpieczeństwa wyborów internetowych.


TOP 200