Wieści z terenu

Po nitce do kłębka

Czasami trzeba na urlop się wybrać. Zdarza się to nawet Lokalnemu Informatykowi, bez którego zdawałoby się firma nie ma prawa funkcjonować, bo to on zagania do pracy wszystkie krnąbrne komputery. Z bólem serca, ale w zgodzie z przepisami, przyznano więc urlop wypoczynkowy w liczbie tygodni trzech. Ale jak to w życiu, wszystko co piękne szybko się kończy, więc trzy tygodnie laby minęły jak z bicza strzelił i oto Lokalny, wypoczęty, pojawił się u wrót zakładu pracy. Nadmienić wypada, że zastępstwa żadnego Lokalny nie posiada, bo Zarząd tytułem oszczędności nie będzie płacił komuś innemu, żeby ten powtarzał tę samą robotę, do której wystarczy jeden pracownik. Po powrocie Lokalny zamierzał przepytać użytkowników, jak też sprawy biegły podczas jego absencji.

Ledwo teczkę położył, dalejże wywiad przeprowadzać. Zauważył mimochodem, że użytkownicy witają go jakoś tak bokiem, a nie jak stęsknieni koledzy po trzytygodniowym niewidzeniu.

"Były jakieś problemy?" - zapoczątkował dialog powitalny. "Zestawień nie mogliśmy wydrukować" - odpowiedzieli. "Drukarki się popsuły?" - zapytał, chociaż w zasadzie nie było możliwe, aby wszystkie naraz odmówiły posłuszeństwa. "Nic się nie dało robić" - zapewniali dalej użytkownicy. - "Przedtem program napisał, że jest błąd".

Lokalnemu skóra ścierpła. O mały włos byłby się załamał, ale nagle oświetliła go jutrzenka myśli świeżej, porannej - skoro nie mogli wprowadzać danych, to ostatnia kopia archiwacyjna sprzed urlopu jest jeszcze w miarę aktualna. Jednym słowem nie jest najgorzej. Przeczuwając, że przyczyna niedostępności danych tkwi w serwerze, poszedł więc do miejsca, gdzie ten zawsze się znajdował. Przy okazji myślał też o sprawdzeniu połączeń sieciowych. Doszedł do szafy, gdzie zawsze stał serwer wraz z oprzyrządowaniem, zajrzał przez szybkę - a tu pusto. Ni śladu maszyny. W pierwszej chwili zdębiał, bo nic lepszego nie przyszło mu do głowy. Gdy nieco się otrząsnął, zaczął przeprowadzać śledztwo. "Gdzie jest serwer?" - zapytał. "Administracyjna kazała go przenieść, bo pomieszczenie do malowania uprzątała" - odpowiedzieli użytkownicy. - "Szafy jednak nie ruszała, bo tam całe mrowie kabli. Mówiła, że jednak poczeka z tym na powrót informatyka". Przywołał więc Lokalny Administracyjną. "Co to wszystko znaczy?!" - wrzasnął. A ona skruszona tłumaczyła: "Jak wziąłeś urlop, to myślałam, że serwer nie będzie potrzebny, skoro ciebie nie ma. Chciałam, aby ten kąt w międzyczasie pomalowali. Niestety, szafy nie daliśmy rady wynieść".

I tak to bywa, gdy Zarząd i pracownicy są silnie przekonani, że informatyka zatrudnia się wyłącznie po to, aby wydać ciężkie pieniądze na jego pensję, w zamian za co ten opiekuje się drogim sprzętem, który zakupiono tylko dlatego żeby miał on za co otrzymywać wynagrodzenie.

Piotr Schmidt (agent zakładowy)


TOP 200