Wieści z terenu

Lokalny Informatyk musi się z ludźmi kontaktować, choćby z tej prostej przyczyny, że czasami wzywają go do awarii. Opuszcza wtedy cztery ściany swej pracowni i udaje się do użytkownika. Po drodze napotyka innych pracowników i wymienia zwroty grzecznościowe. Poza tym specjalnie nie zabiega o udział w towarzyskim życiu biurowym. Przede wszystkim z tej przyczyny, że czasu ma niezmiernie mało na rozpraszanie się i trwonienie go na pogaduszki.

Lokalny Informatyk musi się z ludźmi kontaktować, choćby z tej prostej przyczyny, że czasami wzywają go do awarii. Opuszcza wtedy cztery ściany swej pracowni i udaje się do użytkownika. Po drodze napotyka innych pracowników i wymienia zwroty grzecznościowe. Poza tym specjalnie nie zabiega o udział w towarzyskim życiu biurowym. Przede wszystkim z tej przyczyny, że czasu ma niezmiernie mało na rozpraszanie się i trwonienie go na pogaduszki.

Kiedyś, pracując na państwowym, już to przerabiał i nic dobrego z takiego stylu zarobkowania nie wyszło. Myślał, że praca w sektorze prywatnym wygląda nieco inaczej, ale chyba biurowość ma wszędzie jednakowe obciążenia dziedziczne. Wydaje się, że zasadniczą częścią obowiązków służbowych urzędnika jest czekanie na petenta. Jeżeli takowego nie ma, znaczy, że jest czas wolny. Nie jest rolą pracownika biura obmyślanie usprawnień w działalności firmy, prędzej więc czas między jednym a drugim klientem wykorzysta on z pewnością na pogaduszki niż na koncepcyjne refleksje.

Lokalny - wręcz przeciwnie - między jedną a drugą awarią myśli, co by tu jeszcze ulepszyć, a gdy wszystko jest usprawnione, pogłębia swoją wiedzę fachową. Skutkiem tego Lokalny Informatyk jest mało widoczny i słyszalny, robiąc tym sposobem wrażenie samotnika, kontaktującego się z pozostałym personelem w kwestiach ściśle merytorycznych. Czasami, idąc korytarzem, ma wrażenie, że wychwytuje dziwne jakieś spojrzenia, i zastanawia się, czy biorą go za zarozumiałego, przygłupiego, czy też goś-cia z innej planety. Wydaje się, że patrzą na niego jak na raroga jakiegoś - a czy on temu winien? Najpewniej jednak, tylko mu się wydaje. Gdyby mu płacili za prowadzenie życia towarzyskiego, chętnie by na to przystał, pod warunkiem że Zarząd nie czepiałby się, gdy komputery nie działają. A tak musi być zwarty i gotowy na każdą okoliczność i jeszcze wiedzieć, co zaproponować na przyszłość. Zdaje sobie sprawę, że gdy nastąpi awaria, a nie będzie w stanie szybko i sprawnie jej usunąć, użytkownicy nie pozostawią na nim suchej nitki - bez względu na to, czy jest mniej, czy bardziej z nimi spoufalony.

Gdy dzwoni telefon w jego pokoju, to na pewno nie pani Kasia, aby poflirtować, tylko pan Jacek, że znowu nie może e-maila wysłać. Najchętniej Lokalny wyrzuciłby przez okno tę dzwoniącą skrzynkę wiadomości złego - nigdy dobrego. Nie pamięta, czy kiedykolwiek usłyszał przez telefon służbowy wieść dodającą skrzydeł, na przykład: "Dostałeś podwyżkę" albo "Dzisiaj system działa jak zwykle znakomicie".

Z drugiej strony wyobcowanie nie jest znowu takie złe. Gdy Lokalny pojawia się przy biurku użytkownika, traktowany jest jak gość - od razu kawkę proponują, ciasteczko, czekoladkę. Jest to, trzeba przyznać, aspektem umilającym szarzyznę dnia pracy, chociaż wydłuża czas interwencji, bo ciężko operować myszką, mając obie ręce zajęte spożywaniem łakoci. I dobrze, że interwencji nie jest zbyt wiele, bo spasłby się Lokalny niemożebnie, a wątroba od tej kawy na drugą stronę by mu się wywróciła.

Piotr Schmidt

(agent zakładowy)


TOP 200