Wieści z terenu

Mamona

Mamona

Bardzo upokarzające są starania o pieniądze. Bo to niby dla nich, a nie dla radości wykonuje się pracę, ale przełożeni jakby właśnie odwrotnie sprawę postrzegają. Generalnie wygląda na to, że pracownik jest uosobieniem cnót wszelakich, a pracodawca okazuje się tyranem i jeszcze ma węża w kieszeni. Lokalny Informatyk nie lubi zbyt zabiegać o swe finanse. Nie częś-ciej niż raz w roku wydobywa z ust swych skromne westchnienie w kierunku Zarządu, aby ten zauważył, że Lokalny też jest osobą potrzebującą dóbr doczesnych i nie ma zamiaru ze swoich fuch dokładać na pokrycie kosztów dojazdu do firmy. Czasami stara się przekonać Zarząd, że informatyk też człowiek i samo obcowanie z komputerami może i owszem jest fascynujące, ale tym różni się on od malarzy okresu impresjonizmu, że nie ma zamiaru być doceniony dopiero po śmierci, zwłaszcza finansowo.

Biorąc pod uwagę szybkość starzenia się technologii informatycznych, nie ma co liczyć na to, aby jego programy znalazły się pośmiertnie na topie i były rozchwytywane na aukcjach dziesiątki lat później, tym bardziej że nawet teraz nie stanowią łakomego kąska dla klientów. Starając się urealnić warunki bytu doczesnego, Lokalny postanowił udać się do Zarządu w sprawie podwyżki.

Chyba bez przesady można powiedzieć, że decyzja ta była podjęta w sytuacji podbramkowej, gdy Informatykowa, to znaczy żona Lokalnego, dość już bezpardonowo ciosała mu kołki na głowie. "Spójrz" - mówiła - "taki Serwisowy ma już własny dom, a ty nawet na porządne mieszkanie nie możesz zarobić". "Owszem" - odpierał ataki Lokalny - "ale on ma mnóstwo dodatkowych zajęć: robi wizytówki, foldery i składa komputery. Zaczął dawno temu, więc klientelę ma obłaskawioną od dawien dawna". Aby jednak wyjść na prawdziwego mężczyznę w oczach swej połowicy, Lokalny postanowił przypuścić szturm frontalny na worek z pieniędzmi, jaki - w jego mniemaniu - pozostawał w gestii Zarządu.

W przeddzień wyprawy w wysokie progi Lokalny był pełen animuszu i niezłomnej wiary w powodzenie misji. Ułożył mowę na tę okoliczność, starając się w miarę sensownie argumentować swe potrzeby. Niestety, im bliższa stawała się chwila ostatecznej rozgrywki, tym bardziej para ulatywała z Lokalnego. Idąc korytarzem w kierunku Zarządu, myślał: "Jak im powiem, że potrzebuję, to oni mi powiedzą, że nie mają. Jeśli powiem, że w innych firmach zarabiają lepiej, to zaproponują, abym się przeniósł. W sumie to lepiej zmienić robotę niż prosić tych sknerów. W innej firmie, przynajmniej na początku, bardziej z człowiekiem się liczą, zanim pracownik im spowszednieje. Nie trzeba się wówczas poniżać i błagać o podwyżkę. W końcu przełożeni sami powinni doceniać pracownika, a nie doprowadzać do krępujących rozmów. W rzeczy samej to grupa darmozjadów i wyzyskiwaczy". Co tam jeszcze Lokalny sobie myślał, możemy jedynie domniemywać, albowiem na papier tego przelać i publicznie obwieścić nie przystoi. W każdym razie doszedł w końcu do pokoju Zarządu i po stawieniu się przed szacownym gremium rzekł: "Swoje pieniądze, to wy możecie sobie..." (tu znowu nie wypada cytować wszystkiego) "... a w ogóle to zmieniam pracę". W domu Informatykowa lamentowała: "I coś ty najlepszego zrobił. Nie to miałeś im mówić, ty nieudaczniku jeden". Pomimo że Lokalny w oczach małżonki nie wyszedł na stuprocentowego mężczyznę, to wobec siebie był bardzo dumny. "Nie będzie mi kapitalista jeden dyktować co i za ile mam robić" - pokrzepiał się w duchu.

Po pewnym czasie znalazł pracę w sektorze państwowym, co prawda o połowę mniej płatną, za to ponownie poczuł się panem sytuacji.

Piotr Schmidt

(agent zakładowy)