Wieści z terenu

Odgłosy i donosy

Odgłosy i donosy

Dochodzą do mnie rozmaite przecieki i odgłosy dotyczące mojej osoby. Jako autor cyklu "Wieści z terenu" jestem podejrzewany o wiele, a przede wszystkim o to, że owe wieści piszę. Jest to oczywiście podejrzenie w pełni uzasadnione, należy wręcz powiedzieć jasno - prawdziwe. Tak, to ja pisuję kolejne opowiastki. Nie kto inny, tylko ja. Musiałem temat wreszcie poruszyć, albowiem ludzie z branży nagabują pewnego felietonistę, iż on jest autorem. Nawet w pracy niektórzy powzięli podejrzenia. W tym momencie wyjaśniam - przypadki w dużej mierze są powtarzalne i podobne, a fakt, że Lokalny Informatyk w pewnym momencie chorował na nerki nie oznacza, że wszyscy informatycy w kraju, których dotknęła owa dolegliwość, są autorami lub bohaterami cyklu. Nie każdy zarząd reprezentujący cechy podobne do cech Zarządu jest opisywany w moich felietonach. Podobieństwo osób lub faktów nie jest jednoznacznym dowodem na ich identyczność. Zresztą różne już plotki były zasiewane, a nie dotyczące li tylko mojej osoby. Całkiem niedawno Kuba Tatarkiewicz (Computerworld nr 24/99) tłumaczył się, stawiając czoło różnym posądzeniom i przyznając się jedynie do wykorzystywania w twórczości felietonistycznej pseudonimów Kuraś, Kowalski, Raducha oraz Bartczak. Jak widać nie przyznał się do produkcji tekstów pod nazwiskiem Schmidt, co stanowi jeszcze jeden dowód na prawdziwość autorstwa moich "Wieści".

Zupełnie nie rozumiem skąd posądzenia, że osoba pisząca dla Państwa jest kimś innym niż mną. Nie wiem, czy wpłynęła na to ogólna atmosfera podejrzliwości, czy ustawa lustracyjna, czy też przyzwyczajenia z czasów zabaw w podchody. Wasz agent zakładowy z biegiem czasu zaczyna czuć się jak utajniony J23, czyli Hans Kloss z popularnego niegdyś serialu "Stawka większa niż życie". Wybrałem to porównanie, gdyż od agenta 007 zbyt daleka przepaść mnie dzieli, bo ani urodą, ani sprawnością fizyczną mu nie dorównuję, nie mówiąc już o zamożności i otaczaniu się pięknymi niewiastami. Za to jestem prawdziwym z krwi i kości człowiekiem, a nie jakimś wymysłem zachodniej kinematografii.

Być może nieco sugestywny jest podpis pod felietonami. Przypisek "agent zakładowy" sam z siebie wyzwala pewne niedwuznaczne skojarzenia, stawiając autora w sytuacji dwuznacznej. Nie wiem dlaczego. W informatyce istnieje przecież pojęcie "program agent", a jakoś nikt nie zarzuca oprogramowaniu braku autentyczności i nieweryfikowalnej tożsamości.

W wyniku przeróżnych dywagacji postanowiłem sam skontrolować siebie, czy aby na rozdwojenie jaźni nie cierpię. Gdy ludzie zaczną sugerować, człowiek gotów uwierzyć, że nie jest sobą i nieszczęście gotowe. Tatarkiewiczem, jak widać, nie jestem, gdyż nie przyznał się on do używania mego pseudonimu. Najpewniejszym sposobem weryfikacji - podobnie jak przy lustracji - jest dokument urzędowy. Dokonałem więc autolustracji. Wyciągnąłem z szafy skrócony odpis aktu urodzenia (mojego ma się rozumieć) i czytam: Piotr Schmidt, urodzony w Poznaniu i tak dalej. Zakładając, że dokument dotyczy mojej osoby, należy uznać jego treść za prawdę.

Na podstawie przytoczonych wcześniej okoliczności i dowodów wyrok mojego prywatnego sądu lustracyjnego brzmi: winny prowadzenia cotygodniowej, nękającej działalności felietonistycznej oraz winny smagania słowem pisanym bezbronnego jak dziecię Zarządu.

Piotr Schmidt

(agent zakładowy)