Wieści z terenu

Paweł i Gaweł

Paweł i Gaweł

Prawdziwe szczęście, gdy firma dobrze prosperuje. Zwiększają się obroty, zwiększa się liczba klientów, co niestety pociąga za sobą konieczność zwiększenia zatrudnienia, aby należycie i płynnie obsługiwać interesantów. W pewnym momencie liczba pracowników osiąga pewien stan krytyczny w stosunku do możliwości lokalowych miejsca pracy. Klienci, jakby nigdy nic, nie zwracając uwagi na ciasnotę pomieszczeń i gęsto poutykanych w nich pracowników, przybywają w coraz pokaźniejszej masie. Zarząd wykonuje wówczas pewne pociągnięcia reorganizacyjne, zagęszczając liczbę pracowników na metr kwadratowy, co jest dobre do czasu, gdyż budynek nie jest z gumy.

Lokalny Informatyk z Serwisowym wpadli także w wir zamieszek związanych z ruchami lokalowymi. Do tej pory każdy z nich zajmował oddzielny pokój i mieścił się w nim należycie. Serwisowy z całą graciarnią - sprzętem przed i po naprawie, z rozmamłanymi komputerami, narzędziami, serwerami i modemami w sam raz wpasował się w przydzielone mu niegdyś pomieszczenia. Dla odróżnienia - pokój Lokalnego, chociaż o nieco skromniejszych gabarytach, reprezentował harmonię umeblowania z porządkiem na biurkach. Lokalny nie parał się grzebaniem w sprzęcie, więc po pierwsze nie było powodów do bałaganu, po drugie potrafił dobrze zarządzać dokumentami papierowymi oraz organizować swoją pracę, polegającą na planowaniu, ustalaniu, projektowaniu, wykonywaniu oprogramowania i zarządzaniu eksploatacją.

Metodyka i zakres prac Lokalnego i Serwisowego różniły się diametralnie. O ile Lokalny potrzebował ciszy i skupienia, aby prowadzić działalność koncepcyjną i twórczą, o tyle Serwisowy, wprost przeciwnie, działając rutynowo i będąc ostatnią deską ratunku dla użytkowników, prowadził się hałaśliwie, tłukąc się z blachami obudów lub prowadząc głośne dyskusje z niezadowolonymi użytkownikami. Aby było śmieszniej, Serwisowy zajmował pokój dokładnie nad pokojem Lokalnego. Byli jak Paweł i Gaweł ze znanej bajki, tyle że w wydaniu zakładowym i z tą różnicą, że Serwisowy nie lał wody na głowę Lokalnemu, gdyż pokoje nie posiadały węzłów sanitarnych.

Pewnego pięknego dnia Zarząd wpadł na pomysł, aby obydwu panów umieścić w jednym pomieszczeniu, z powodu omawianych wcześniej trudności lokalowych. Przyszedł Szef i mówi: "Lokalny, nie mamy wolnego miejsca i musimy was ścieśnić". "W żadnym razie" - odparł Lokalny. - "Mamy inny charakter pracy, to po pierwsze, a po drugie nie pomieścimy się w jednym pokoju. Serwisowy ma pracę hałaśliwą, ja natomiast potrzebuję spokoju. Gdybyście posadzili mnie razem z nim, mógłbym robić wyłącznie to, co on". "Co to znaczy, że Serwisowy ma hałaśliwą pracę? Przecież komputery pracują cicho". Zarząd dawał świadectwo nieznajomości zasad pracy serwisu i helpdesku w jednym oraz, co gorsza, nie odróżniał tego zakresu od działalności programistyczno-koncepcyjnej Lokalnego.

Wobec zdecydowanego sprzeciwu, obaj panowie trzymani są nadal w oddzielnych klatkach, z czego się cieszą, bo nie wchodzą sobie w paradę i każdy z nich może wykonywać przykładnie swe obowiązki w pracy, których zakres i ciężar gatunkowy znają tylko oni sami. Dla Zarządu działalność informatyczna rozpościerająca się w fazach pomiędzy postawieniem komputera po jego zakupie a ponownym jego postawieniem po naprawie w dalszym ciągu pozostaje białą plamą w rozumie. Na to chyba nie pomoże częste słuchanie piosenki: "Więc chodź, pomaluj mój świat na żółto i na niebiesko..."

Piotr Schmidt

(agent zakładowy)