Wielkie nienasycenie

Polskie społeczeństwo już nie żyje zgodnie z etosem inteligenckim, ale ciągle według niego ocenia awans poszczególnych swoich członków - mówi Andrzej Sztylka w rozmowie z Iwoną D. Bartczak.

Polskie społeczeństwo już nie żyje zgodnie z etosem inteligenckim, ale ciągle według niego ocenia awans poszczególnych swoich członków - mówi Andrzej Sztylka w rozmowie z Iwoną D. Bartczak.

Dziesięć lat kapitalizmu w Polsce przyniosło wiele zmian gospodarczych i społecznych, a jedną z najważniejszych jest ogromny pęd do nauki. Młodzi ludzie podchodzą poważnie do studiów, już nie jest to dla nich okres młodości "górnej i durnej", lecz zdobywania jak najwyższych kwalifikacji. Ludzie w sile wieku też nie zaniedbują nauki, uczęszczają na dziesiątki kursów, szkoleń i studiów, które w ogromnej ilości oferuje im dzisiaj rynek. Ciągłe uczenie się jest pierwszym przykazaniem menedżerów i przedsiębiorców. Czy jest to "pośmiertne" zwycięstwo inteligencji, która jako warstwa zachowała się w formie szczątkowej, ale jej etos - jak widać - jest wiecznie żywotny?

Niestety, nie. Uwaga i znaczenie przywiązywane dzisiaj do wykształcenia w większości przypadków nie mają nic wspólnego z szacunkiem dla nauki i pracy, jaki charakteryzuje inteligencję. W tej warstwie - wytworzonej i obecnej jedynie w Europie Środkowej i Wschodniej - ów szacunek wywodzi się z oderwania ludzi umysłu od bezpośredniego wpływu na ekonomikę i produkcję. Według etosu inteligenckiego, nauka i praca tworzą wolność i godność człowieka. Inteligent jest człowiekiem wszechstronnym i bezinteresownym. Jego posłannictwem nie jest wyspec-jalizowanie się w określonej dziedzinie i osiągnięcie w niej publicznego sukcesu. Jego misją jest budowa wspólnoty według wartości, przechowywanie dziedzictwa kulturowego, walka o postęp, o zachowanie etosu inteligenckiego. W tym rozumieniu wiedza nie jest służebna wobec innego celu poza rozwijaniem człowieka.

Współczesny pęd do nauki wynika z innych motywacji. Człowiek studiuje, uczy się, czyta po to, aby więcej wiedzieć na dany temat potrzebny mu w pracy lub innych zajęciach. Im większa jest ta suma wiedzy, tym czuje się bardziej wykształcony i wartościowy. Ale przecież "czuje się wykształcony" to co innego niż "jest wykształcony". Wykształcony jest taki człowiek, na którego wiedza oddziałuje, kształtuje jego system wartości, styl życia, jego motywacje, a nie taki, który zna pięć języków obcych, skończył trzy fakultety, w tym jeden za granicą, ma dziesięć certyfikatów potwierdzających jego unikatowe umiejętności.

A jaki jest model zachodni? Tam nie było nigdy inteligencji, ale trudno powiedzieć, aby nie szanowano wiedzy i pracy.

Oczywiście, szanuje się jedno i drugie, ale wyznacza się im inne zadania niż w społeczeństwach z warstwą inteligencką. Na Zachodzie cała myśl została ujęta w życiu gospodarczym. Nie było takiego mechanizmu, który odrywałby ludzi umysłu od wytwórczości i nakazywał im pełnić rolę depozytariusza wartości. U nas i w innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej historia wojen, zniewoleń i wyzwoleń wytworzyła potrzebę istnienia takiej warstwy, i ona powstała. Tradycją Zachodu jest rosnący profesjonalizm, specjalizacja i budowanie wspólnot na bazie wykonywanego zawodu. To nie jest ani gorsza, ani lepsza tradycja niż środkowoeuropejski etos inteligencki bezinteresownej, wszechstronnej wiedzy i budowania wspólnot na wartościach. Jest po prostu inna. Tu nie powinno się ustalać hierarchii, lecz rozumieć to, uczyć się, do "kształcenia się" dodać "przysposobienie do...".

Ale dzisiaj chcemy budować zjednoczoną Europę. Dostosowujemy nasze prawodawstwo, poziom gospodarczy, instytucje do rozwiązań zachodnioeuropejskich. Czy nie grozi nam konflikt kulturowy, wyrastający między innymi z tych właśnie różnych tradycji?

Taka konfrontacja już jest. Jednym z jej znaków jest właśnie rozbieżność w postrzeganiu roli wiedzy i wykształcenia. Wielu ludziom po studiach czy właśnie kończącym studia wydaje się, że są wykształceni, ale wcale nie są. Są tylko dobrze przygotowanymi do pracy ekspertami w swoich zawodach. Dla społeczeństw zachodnich to żadna różnica, ale dla polskiego - tak. Gdzieś we wnętrzu będą więc przeżywać dysharmonię między zewnętrznym uznaniem, okazywanym im np. przez szefów z zachodnich koncernów, a własnym odczuciem, że nie dorastają do pięt własnym dziadkom czy bohaterom literackim. Z drugiej strony, profesjonaliści w rozumieniu zachodnim, eksperci najwyższej próby też nie są w Polsce doceniani, choć uzyskują aplauz za granicą. Takim przykładem jest Leszek Balcerowicz. W Polsce kategorie ekonomiczne są tworzone ekstensywnie przez rynek, innymi słowy rynek po polsku to opinia plebsu o tym, co zasugerowały reklamy. Natomiast Leszek Balcerowicz jest twórczym technokratą, który konstruuje kategorie ekonomiczne, jego propozycje są często znacznie lepsze niż rozwiązania zachodnie, ale ten aktywny tryb myślenia do naszej umysłowości na razie pasuje jak pięść do oka. Konflikt, często postrzegany jako konflikt interesów, jest w istocie konfliktem różnych typów intelektualnego kreowania rzeczywistości.

Jeszcze trudniejsza jest sytuacja przedsiębiorców. Oni mają poczucie wielkiej pracy, którą wykonują w społeczeństwie i dla społeczeństwa - wiadomo: przychód, miejsca pracy, produkty, usługi, świadczenia charytatywne itd. - a jednocześnie mają wielki niedosyt uznania i szacunku, które by chcieli w zamian otrzymywać. Nie wiedzą, że tworzą bądź kultywują wartości nie zakorzenione, doraźne, a te nie są cenione przez społeczeństwa z rodowodem inteligenckim. Polacy nie żyją już według etosu inteligenckiego, ale wciąż oceniają ludzi na podstawie kryteriów tego etosu. Dla większości Polaków przedsiębiorca, zwłaszcza z warstwy inteligenckiej, jest tylko dorobkiewiczem, kimś, kto zamienił cenzus umysłowy na majątkowy.

Przedsiębiorcy nie pojawili się w Polsce wczoraj. Powojenne firmy prywatne mają po kilkanaście lat. Kiedy wartości, które tworzą, zakorzenią się?

To nie jest kwestia czasu. Zakorzenienie bierze się ze sposobu wyłonienia się danej grupy i jej stylu życia. Scharakteryzujmy trzy kategorie społeczne (jest ich więcej): grupy osób, agregaty (zbiory), warstwy. Warstwę charakteryzuje etos wspólny dla kolejnych jej pokoleń i konkretnych osób, np. dla inteligencji jest to bezinteresowność i wszechstronność wiedzy, godność pracy, walka o postęp, opozycja lub dystans w stosunku do władzy politycznej. Wyznawane wartości są praktykowane w życiu. Agregaty są to grupy pracowników umysłowych, których łączy etos zawodu i zapobiegliwość finansowa. Chcą po prostu dobrze pracować za godziwą płacę. Wydzielenie agregatów następuje więc poprzez decyzję ich zwierzchników, a nie jest związane z wyznawanym etosem i stylem życia. W społeczeństwie są także grupy, tworzone na podstawie pewnego kryterium intelektualnego, czyli na przykład osób wybitnych czy takich, które awansowały do grona przemysłowców. Przedsiębiorcy należą przede wszystkim do tej ostatniej kategorii społecznej. Ich miejsce w społeczeństwie nie wynika z ich stylu życia, wartości, motywacji, lecz z przyporządkowania według kryterium. Zmieniając kryterium, zmieni się ich miejsce i rola w społeczeństwie. Oni sami - poprzez swoje życie - nie mogą określić się jednoznacznie i trwale. Dlatego tworzone przez nich wartości nie są zakorzenione. Tworzą jedynie dobra cenione przez konsumentów.

To może oczywiście się zmienić. Przed wojną działali w Polsce wspaniali inżynierowie, budowniczowie, przemysłowcy, którzy byli także humanistami. Jest to więc możliwe, aby ludzie gospodarki zyskali społeczny szacunek i znaczenie. Muszą opanować "do niczego im nie potrzebną" wiedzę ogólną (kulturę). Wcale nie chodzi o to, że wtedy będą wiedzieć więcej, idzie o to, iż dopiero ta wiedza wpłynie na ich życie, motywacje. Jak wspomniałem, wiedza to nie suma wiadomości, lecz rozwój osób. I to jest oceniane przez nasze społeczeństwo, w którym - paradoksalnie - inteligencji jest jak na lekarstwo. A ta też nie jest najwyższego lotu. Lata jej wyniszczania - fizycznego i psychicznego - oraz zmiana modelu edukacji (z ogólnego na wyłącznie zawodowy) nie pozostały bez konsekwencji. W latach 70. padł ostatni bastion inteligencji: rodzina. Już nie przechowuje się czegoś takiego, jak pamiątka rodzinna. O tym, jaką potęgą mógłby być polski inteligent, świadczy choćby wielkość Jerzego Giedroycia.

Od II wojny światowej znacznie wzrasta rola techniki w gospodarkach i społeczeństwach. Można przypuszczać, że maszyny - a zwłaszcza tzw. inteligentne - również przyczyniły się do deprecjacji inteligencji. Okazało się bowiem, że tę zdolność umysłową można wytworzyć sztucznie.

W tzw. sztucznej inteligencji nie widzę zagrożenia. Jest to zupełnie inna kategoria niż te, o których mówimy. Jest to jeszcze jedna funkcja maszyn, która tak została nazwana z powodu nieudolności językowej czy raczej rozejścia się znaczenia słowa z jego brzmieniem. Słowo to nie jest zbiór liter. Do jednego znaczenia słowa można dodać drugie czy trzecie, ale trzeba znać to pierwsze, podstawowe, stałe, bo inaczej słowo staje się zaklęciem, a nie nośnikiem treści.

Technika istotnie jednak nie sprzyja inteligencji. Jest bowiem rzeczową sferą pośrednią między wartościami a życiem. Im więcej funkcji powierzamy rzeczom - urządzeniom i maszynom - tym bardziej tracimy swą niezależność, samodzielność, zdolność do samostanowienia. Dla inteligenta jest to po prostu rezygnacja z ważnej części swego etosu. Już przestaje być panem siebie. Przedwojenni wybitni polscy inżynierowie, piloci, przemysłowcy, budowniczowie gospodarki doskonale radzili sobie z techniką, ponieważ posiadali tak silny etos inteligencki, takie znakomite wykształcenie ogólne, że technika nie mogła tego zniszczyć. Dzisiaj rzeczywiście sytuacja jest inna, gorsza. Nałożyły się dwa zjawiska: gwałtowny, ogromny rozwój techniki i wyniszczenie - wcześniej przez hitleryzm, a potem przez stalinizm - warstwy inteligencji. Niesamowity, nie notowany w historii rozrost liczby i funkcji maszyn zabrał inteligentom poczucie bezpośredniego związku wyznawanego przez nich systemu wartości ze stylem życia. Już telefon zastępuje kontakt człowieka z człowiekiem, to najprostszy przykład, a ile jest jeszcze takich urządzeń, dzięki którym nie trzeba osobiście kontaktować się, rozmawiać, nawzajem rozumieć, okazywać swoją postawę. Teza, że technika przybliża ludzi, bo przełamuje bariery geograficzne, kulturowe, polityczne, organizacyjne, to technologiczna utopia. To pośrednictwo wiele ułatwia, ale niczego ważnego nie załatwia. Zresztą ludzie techniki też to dostrzegają. W mediach, zwłaszcza amerykańskich, w zasadzie tylko się mówi o tym, że technika nie spełniła oczekiwań, gdyż zapomniano zapytać człowieka, czego właściwie od niej chce. Zachwycano się jedynie kolejnymi wynalazkami, odkrytymi możliwościami.

Technika jest cennym bogactwem, trzeba o nie dbać i je wykorzystywać. Trzeba tylko wiedzieć po co, zarówno w wymiarze prywatnego życia człowieka, jak i przedsiębiorstwa, a także państwa. Z tą wiedzą nie jest jednak dobrze.

Dr Andrzej Sztylka jest członkiem Zespołu Etyki - Życia Gospodarczego Towarzystwa Naukowego Prakseologii PAN, wykładowcą w Wyższej Szkole Rolniczo-Pedagogicznej w Siedlcach i Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego w Warszawie, autorem książki Jak stawać się humanistą?


TOP 200