Wiedza, kwalifikacje, dezorganizacja i budżet

Z dr. hab. Andrzejem Dyką, pracownikiem naukowym Wydziału Elektroniki Politechniki Gdańskiej i dyrektorem generalnym CrossComm-Poland rozmawia Tomasz Szewczyk.

Z dr. hab. Andrzejem Dyką, pracownikiem naukowym Wydziału Elektroniki Politechniki Gdańskiej i dyrektorem generalnym CrossComm-Poland rozmawia Tomasz Szewczyk.

CrossComm Corporation, to, założona w 1987 r., amerykańska firma, z siedzibą w Massachussets, która zajmuje się produkcją tzw. router'ów oraz bridge'y przeznaczonych dla komunikacji między sieciami komputerowymi. Jest ona pierwszym po IBM producentem tych urządzeń na świecie, szczególnie w standardzie Token Ring. Jaka jest relacja pomiędzy kierowanym przez Pana przedsiębiorstwem a tą amerykańską firmą?

CrossComm-Poland jest założonym przeze mnie w 1991 r. polskim oddziałem tej firmy, który ma swoją siedzibę na Politechnice Gdańskiej. Obecnie jesteśmy, niestety unikalnym w skali całego kraju przykładem na to, że także w Polsce jest możliwe wykonywanie prac naukowo-badawczych z zakresu oprogramowania narzędziowego iaplikacyjnego na najwyższym światowym poziomie.

Zacznę może od kwestii technicznych. Sztandarowym produktem CrossComm-Poland jest router zwany ILAN-em (Integrated LAN), do którego już opracowaliśmy i nadal rozwijamy specjalizowany software. Produkt ten pierwotnie bazował na płytach głównych IBM 286, a obecnie został przez nas przystosowany do płyt typu 386 pracujących w trybie protected mode.

Jest to bardzo specyficzny produkt, który był sprzedawany dotychczas głównie na rynku amerykańskim (ok. 85%) oraz w marginalnych ilościach w Europie Zachodniej. Obecnie jednak "przymierzamy się" do jego dystrybucji w Polsce i jesteśmy na etapie tworzenia sieci value added reselers.

Oprócz tego wraz z amerykańskimi inżynierami pracujemy nad superszybkim routerem, skonstruowanym przy użyciu procesora Intel i960. Produkt ten jest w tej chwili na etapie tzw. alfatestów, a w najbliższych miesiącach przeprowadzimy testy beta i próbną sprzedaż w USA. Sądzę, że na początku przyszłego roku produkt ten, oznaczony roboczo symbolem XL znajdzie się także i na polskim rynku.

- Jak doszło do powstania tak niecodziennej firmy w Polsce?

W 1989 r. byłem w Bostonie na stypendium z Fundacji Kościuszkowskiej. Poznałem tam prezesa CrossComm Corp. p. Tadeusza Witkowicza, który zaproponował mi utworzenie oddziału swojej firmy w Polsce. Po powrocie do kraju przeprowadziłem pierwsze rozmowy kwalifikacyjne, zatrudniłem kilka osób i tak się zaczęło.

- Dlaczego Pan, pracownik naukowy, zdecydował się zająć działalnością gospodarczą?

Oprócz oczywistych względów finansowych i zwykłej ciekawości świata, uświadomiłem sobie, że trafia się świetna okazja do zatrzymania kilku, czy może nawet kilkudziesięciu zdolnych ludzi w kraju. Choć zainwestowany przez Amerykanów kapitał był początkowo bardzo skromny, bowiem pierwszy projekt zaczynaliśmy zaledwie z kilkoma tysiącami USD i czteroosobowym zespołem informatyków, okazało się, że miałem rację.

W chwili obecnej zatrudniamy ok. 50 osób, a jeśli nic się nie zmieni, planujemy do końca roku co najmniej podwoić tę liczbę i zamknąć go przychodem ponad 2 mln USD.

- Czy można pogodzić pracę naukową z działalnością gospodarczą?

To trudna sprawa, szczególnie w aspekcie indywidualnym. Ja np. musiałem na razie zrezygnować z dalszej kariery naukowej, chociaż przez cały czas staram się utrzymywać bardzo ścisłe kontakty z wydziałem. Problem jednak polega głównie na tym, jak zrealizować w uczelni współpracę z businessem oraz co z tego wyniknie dla każdej ze stron.

- Czy taka współpraca udaje się CrossComm'owi?

Zależy jak na to patrzeć. Z jednej strony bowiem moja firma zatrudnia corocznie blisko 25% ogółu absolwentów gdańskiego wydziału informatyki, praktykujący w CrossCommm-Poland studenci mają dostęp do najnowszych osiągnięć zachodniej technologii, wypożyczamy i przekazujemy też we własnym, dobrze pojętym interesie sprzęt dla naszej uczelni, itd.

Z drugiej jednak strony wciąż istnieją liczne bariery organizacyjne, prawne i ekonomiczne dla takiej współpracy, które zostały nam jeszcze z poprzedniego systemu. A przecież przedsiębiorstwa produkcyjne siłą rzeczy znacznie szybciej reagują na potrzeby rynku niż obarczone rozbudowaną administracją wyższe uczelnie.

Z tego punktu widzenia polskie placówki naukowe są mało atrakcyjne. Oferują bowiem relatywnie drogie usługi, często mają problemy z dotrzymywaniem uzgodnionych terminów zakończenia badań i brak im wystarczającego zaplecza. Trudno jest więc utrzymywać ciągłą współpracę z takimi instytucjami.

- Jak sobie zatem radzicie?

Naszym zdaniem, jedynym rozsądnym i sprawdzonym wyjściem jest nawiązywanie indywidualnych kontaktów z poszczególnymi pracownikami naukowymi. W CrossComm organizujemy to w formie zleceń dla tworzonych doraźnie firm prywatnych, co okazuje się korzystniejsze finansowo zarówno dla zatrudnianych ekspertów jak i dla nas, głównie zresztą ze względu na ominięcie niezwykle wysokich kosztów wydziałowych uczelni.

- Czy polskie placówki naukowe wymrą niedługo z powodu braku personelu?

Obawiam się, że grozi im to, o ile nie zmieni się szybko -skostniałych i nieefektywnych struktur organizacyjnych, które są charakterystyczne dla całej polskiej budżetówki. Naturalne jest przecież, że słabo opłacana praca powoduje odpływ kadr. Podam może prosty przykład. Jeżeli moja sekretarka dzięki odpowiedniemu oprzyrządowaniu potrafi w ciągu dnia sama zrobić tyle, co cztery uczelniane biuralistki, to mogę jej zapłacić trzy razy więcej i jest to dla mnie korzystne.

Najistotniejszą jednak różnicą między zachodnimi placówkami naukowymi a ich polskimi odpowiednikami są jednak znacznie silniejsze związki z businessem, przejawiające się np. w tym, że wszelkie odkrycia naukowe powstają niejako przy okazji prowadzonej działalności usługowej. I tego chyba najbardziej brakuje naszym uczelniom.

- A więc nie jest to w ogóle kwestia kapitału?

Wydaje mi się, że głównie mamy tu do czynienia z tzw. barierą ludzką. Ciągle przecież słyszymy, że taka czy inna zachodnia linia kredytowa nie jest wykorzystywana, bo np. nasze banki są niedrożne, itd. Sprawa polega więc raczej na ustawieniu jasnych i przejrzystych reguł gry, do których wszyscy będą mogli się szybko dostosować, a nie na bliżej nieokreślonych wielkich inwestycjach.

Aby to zilustrować, znowu posłużę się przykładem naszej firmy, ponieważ po części jesteśmy także placówką badawczą.

Zatrudnieni w CrossComm-Poland pracownicy mają bardzo dużą samodzielność, często jeżdżą do USA, otrzymują relatywnie wysokie wynagrodzenie, nie mają normowanego czasu pracy, a zarządzaniem i administracją zajmuje się dosłownie kilka osób. Dotychczas nie zdarzyło się nam zwolnić kogoś dyscyplinarnie, czy nie ukończyć pracy w terminie, a przecież nikt nie dokłada do tego interesu, bo firma prywatna musi przynosić dochód.

Gdyby jednak naszą działalność przejęła uczelnia, wątpię by było podobnie.

- Jak zatem potoczą się dalsze losy polskiej informatyki?

Moim zdaniem Polska ma bardzo duże możliwości rozwoju tej dziedziny wiedzy i równie duże szanse niewykorzystania nadarzającej się ku temu okazji. Cokolwiek bowiem byśmy nie powiedzieli, faktem jest, że nasze uczelnie reprezentują bardzo wysoki poziom i mimo licznych trudności kształcą wysokiej klasy specjalistów.

Cechuje nas przy tym najwyższa ze wszystkich państw byłego bloku wschodniego motywacja ekonomiczna. Są więc wszelkie podstawy by tworzyć w kraju nowoczesne i dobrze sprzedające się oprogramowanie.

Niestety, na przeszkodzie stoją całkiem nieżyciowe przepisy, które blokują zarówno napływ kapitału, jak i jego późniejsze efektywne wykorzystanie. Podam przykład. Ustawa o joint-venture wymaga aby inwestor wyłożył 2 mln ECU po to tylko, by ubiegać się o wakacje podatkowe. Drobny kapitał nie ma więc praktycznie czego u nas szukać, gdyż nadmierny fiskalizm w ogóle nie uwzględnia faktu, że ludzie, którzy są zatrudnieni w firmie zwolnionej chwilowo z podatków mogą zarobić więcej, czyli, że część zarobków i tak odprowadzą dla państwa.

Jako ciekawostkę mogę też podać, że CrossComp-Poland w dzisiejszych warunkach wcale by nie powstał, a szkoda, gdyż mimo niewielkich rozmiarów firmy macierzystej, w której wartość sprzedaży wynosi niewiele ponad 50 mln USD rocznie, udaje nam się rozwijać na tyle dynamicznie, by nasze zyski co rok się podwajały.

Twierdzę, że gdyby obowiązywała nadal Ustawa z grudnia 1989 r., takich spółek jak nasza byłoby znacznie więcej. Niestety, ustawę "poprawiono" wprowadzając iluzoryczną obietnicę wakacji podatkowych dla firm znacznie większych niż "średnie". W odpowiedzi na to, "średnie", zachodnie firmy ulokowały tak potrzebny Polsce kapitał gdzie indziej, nie wzbogaciły polskiego rynku pracy o szansę zatrudnienia ludzi mogących pracować lepiej i zarabiać więcej. W ten sposób "ustawowo" zrezygnowano z olbrzymiej rzeszy podatników. Zrezygnowano więc z ich podatków, których, jestem tego pewien, nie będą w stanie skompensować korzyści z zaistnienia w Polsce jednego czy dwóch zachodnich gigantów.

- Czy wynika z tego, że nasi informatycy nadal będą musieli wyjeżdżać za granicę?

- Niekoniecznie. Sądzę bowiem, że ciekawą pracę można znaleźć dziś również w naszym kraju, jeśli oczywiście ktoś wie, jak powinien się do tego zabrać. Pomijając fakt, że także CrossComp-Poland jest stale otwarta na wszelkie propozycje pochodzące od młodych, zdolnych informatyków, którzy dobrze znają język angielski i "czują" zagadnienia

sieciowe, mamy przecież na rynku wiele innych firm poszukujących pracowników.

Nic nie stoi na przeszkodzie, aby studenci, począwszy powiedzmy od III roku studiów podejmowali współpracę z takimi firmami. Interes jest obustronny - studenci mogą zasilić swoją kieszeń i w pewnym sensie "zaklepać" sobie przyszłe miejsce pracy, firmy zaś mają możliwości pozyskania i "wychowania" przyszłych pracowników.

- Dziękuję za rozmowę.