Więcej tradycji czy nowości

Wiele wskazuje na to, że ludzie uczą się szybciej niż unowocześnia się ich otoczenie i warsztat pracy.

Wiele wskazuje na to, że ludzie uczą się szybciej niż unowocześnia się ich otoczenie i warsztat pracy.

Stereotyp myślenia o zmianach technicznych czy organizacyjnych w naszym środowisku zawodowym bądź społecznym kładzie nacisk na naturalną ludzką niechęć do zmian, czasem wręcz wrogość, i trud uczenia się, który również podejmujemy na ogół bez entuzjazmu. Szefowie projektów restrukturyzacyjnych, szerokich przedsięwzięć informatycznych albo wdrożeń systemów jakości najbardziej właśnie obawiają się, że pracownicy nie będą chcieli i nie będą potrafili pracować w inny sposób i innymi narzędziami niż dotychczas.

Twierdzą, że dla ludzi przejście z ręcznego wypełniania przez kalkę różnych kwitów na elektroniczny obieg dokumentów jest szokiem. Nawet zmiana koloru ekranu na czarny, a znaków na biały może spowodować przykre dla innowatorów perturbacje społeczne. W ich obawach przed konserwatywnym personelem jest zapewne dużo racji, wielokrotnie doświadczyli oporu ludzi, którzy woleli pozostać przy starych zwyczajach i praktykach. W końcu jeśli od lat - albo i od zawsze - coś robili w pewien sposób i to działało, to dlaczego mieliby zmieniać ten sposób?

Stereotyp jest bardzo uproszczonym modelem rzeczywistości. Zastanawiam się jednak, czy to powszechnie pokutujące wyobrażenie o lęku i oporze wobec zmian w ogóle jest prawdziwe, czy naprawdę odwzorowuje rzeczywistość, przynajmniej jeśli chodzi o przeobrażenia techniczne naszego środowiska życia i pracy. Czy może jest przeciwnie: ciągnie nas do nowości, wymagamy ich więcej niż nam oferuje nasz pracodawca albo pozwala nam na nie zasobność naszych portfeli.

W gruncie rzeczy jesteśmy dumni, gdy nasz warsztat pracy zostaje unowocześniony, a opór demonstrujemy jedynie po to, by zyskać na czasie i opanować nowe narzędzie, a także pokazać, że też mamy swoje zdanie i odgrywa ono pewną rolę. Innymi słowy, do innych celów niż powstrzymanie innowacji.

Zwrócono mi kiedyś na to uwagę podczas rozmowy o inwestycjach informatycznych w polskich przedsiębiorstwach. Zdaniem moich rozmówców, są one czynione na dosyć skromną skalę. Główną przyczynę widziano w nadmiernej oszczędności dyrektorów przedsiębiorstw. Wdrażane są więc rozwiązania mniej kosztowne, ale też mniej nowoczesne, zaspokajające ograniczone potrzeby informacyjne pracowników. "A tymczasem jest to ogromny błąd, ponieważ ludzie uczą się znacznie szybciej niż wydaje się dyrektorom. Dzisiaj myślą, że dobrze robią, bo dzieląc informatyzację na etapy nie zrażą sobie załogi. Ale nie wiedzą, że załoga, wstrzemięźliwa dzisiaj wobec zmian, jutro ochłonie i zażąda lepszych narzędzi informatycznych" - przekonywano, bazując na licznych polskich i zagranicznych przykładach. Nagłe odkrycie, że pewne narzędzie radykalnie ułatwia i ulepsza naszą pracę, wywołuje ogromny entuzjazm dla tego narzędzia i chęć zwiększenia jego funkcjonalności. I bez znaczenia, czy jest to kasa fiskalna, zmywarka do naczyń, czy oprogramowanie do tworzenia dokumentacji konstrukcyjnej. Apetyt na nowości rośnie w miarę konsumowania kolejnych unowocześnień.

Może więc rzeczywiście demonstracyjny opór przed zmianami to tylko próba zwrócenia na siebie uwagi?